Kto pamięta?
Ja pamiętam. Pamiętam doskonale, jakie wrażenie zrobiła na mnie ta reklama, choć pojawiała się w tv naprawdę bardzo krótko.
Ja pamiętam. Pamiętam doskonale, jakie wrażenie zrobiła na mnie ta reklama, choć pojawiała się w tv naprawdę bardzo krótko.
Im więcej mam do czynienia z piwowarstwem, tym bardziej mnie ciągnie żeby uwarzyć coś dziwnego (nie to żeby mi się już przejadło to co zrobiłem do tej pory...). Przeglądam sobie receptury i pomysły i się klaruje.
Ale to za jakiś czas. Cel na teraz to gryczane, a także, na zamówienie kolegów z pracy, w małej porcji lukrecjowe (pewnie skończy się na Alcie rozdzielonym na dwie nastawy, bez i z lukrecją). A także pierwszy angol — obiecany Dry (Irish) Stout. Trzeba też odrobić stratę warki, bo powoli robi się pusto w piwnicy — jakieś proste piwko bez wielkich aspiracji...
(fot: wikimedia)
Nie może mi pan zabronić umieszczenia herbu Wołomina na mojej stronie. Pańskim pożal-się-Boże prawnikom polecam zapoznanie się z pojęciem "fair use".
(fot: wikimedia)
26.08.2010
Piwo z zestawu CP "A'la Kölsch" (z pewnymi modyfikacjami).
Brzeczka nastawna 11ºBlg zadana gęstwą 27.08.2010 rano, w temperaturze 26ºC. W rezerwie trzymam saszetkę z S-33, zostanie wykorzystana jeżeli drożdże z gęstwy nie zechcą ruszyć (są już chyba trochę zmęczone). Wydajność jak zwykle pod psem (jest tylko 18l), ale nie chce mi się z tym walczyć, może przy następnej warce coś pokombinuję.
Lubię robić to piwo. Szybko się zaciera (tylko 60 minut w 2 przerwach, żadnych ferulikowych czy białkowych dziwactw), ładnie filtruje (mało słodu pszenicznego), Lubelski przyjemnie pachnie podczas chmielenia — czego chcieć więcej?
Modyfikacje względem oryginalnej receptury i procesu:
Czas spędzony na robieniu tego piwa: 5 godzin (od 18:30 do 23:30) wieczorem + 30 minut rano na przelanie do fermentora i zadanie drożdży. Całkiem niezły wynik.
Po cichu piwnica to się zapełnia, to opróżnia...
Stanowczo za mało warzę, bo piwo nie zdanża dojrzeć, a już jest konsumowane.
W środowisku piwowarów amatorów powiada się, że piwowarzy dzielą się na tych co już zaliczyli infekcję piwa i na tych, którzy zaliczą infekcję piwa. Prędzej czy później każdego to spotka, ponieważ produkujemy piwo w warunkach dalekich od sterylności — w kuchniach, piwnicach, a niektórzy wręcz na wolnym powietrzu. I pomimo dokładania wszelkich starań by możliwość zakażenia ograniczyć, nigdy nie usuniemy jej całkowicie.
No i właśnie moja warka #5 Petszopian Ogrodowy złapała infekcję. Podczas rozlewania do butelek zauważyłem kilka chmurek pływających w piwie, ale były malutkie, więc zabutelkowałem całą warkę, prawie 21 litrów. Następnego dnia gdy zamierzałem okleić butelki etykietami zauważyłem, że w każdej utworzył się cienki kożuch pleśni — najwyraźniej brak tlenu w fermentorze powstrzymywał rozwój infekcji, a gdy tylko otworzyłem pokrywę i powietrze dostało się do środka, zakażenie ruszyło z kopyta. Nie było sensu liczyć na cud, wylałem wszystko do ubikacji. Żal był przytłaczający.
Jak przy każdym niepowodzeniu, należy teraz usiąść spokojnie i przeanalizować okoliczności, żeby nie popełniać błędów w przyszłości. Co więc poszło nie tak?
A jakie z tego płyną wnioski?
I teraz pozostaje mi mieć nadzieję, że zakażenie nastąpiło podczas przelewania na cichą lub w trakcie cichej fermentacji, bo gęstwą zebraną z tego piwa zaszczepiłem następną warkę...
Gdy zacząłem rozdawać moje piwo okazało się, że obdarowani nie umieją się z nim obchodzić. Dlatego wymodziłem poradniczek dla tych, co jeszcze nie mieli do czynienia z prawdziwym piwem.
Życie koryguje plany, moich planów piwowarskich również to dotyczy. Czytam sobie właśnie mojego posta, gdzie wyliczałem co mam zamiar uwarzyć do końca września:
Plan ma szansę zostać zrealizowany w głównych punktach (zrezygnowałem z Berliner Weiße). A teraz uzupełnienie i plany na czas dalszy:
Będę miał co robić, oby tylko wystarczyło mi butelek, skrzynek i miejsca w piwnicy. ;)
Kolega Bartosz M. waha się, czy zająć się samodzielnym warzeniem piwa. Spoko, ja się wahałem przez ok. 5 lat (kto zechce to sprawdzi, kiedy założyłem sobie konto na forum browar.biz). Wreszcie zdecydowałem się i w ciągu półtora miesiąca wsiąkłem w to na całego. Teraz nie wyobrażam sobie, że mógłbym polegać na zaopatrzeniu okolicznych sklepów, nie wspominając o tym, że nie daję już rady pić koncerniaków, po prostu nie wchodzi mi typowy, mocno odfermentowany i niedoleżakowany lager. Lubię pilsy, lubię pszenice jasne i ciemne, lubię Alty i Kölsche, lubię jasne monachijskie i dortmundzkie eksportowe — świat jest pełen rodzajów piw (poprawnie nazywa się je stylami), aż żal marnować życie na tzw. international lager, nota bene styl, który oficjalnie nie istnieje...
Dawaj, Bartosz. Podążaj za pełnią smaku.