Poprzedni wpis (Mam archiwum XYZ) | Następny wpis (Cyrk w TVN)
Programista kupuje nieruchomości
Trochę nakręcony przez żonę, a trochę z powodu wściekłości na ciasnotę naszego obecnego lokum, zacząłem kilka miesięcy temu rozglądać się za jakąś ładną, dużą i tanią działką budowlaną w okolicach naszego Wołomina. Początkowo liczyłem się z wydatkiem rzędu 130.000 złotych, ale doznałem bardzo bolesnego zderzenia z rzeczywistością i musiałem podnieść tę kwotę do 200.000, żeby spełnić przynajmniej dwa z trzech wspomnianych wcześniej warunków. To, co prawda, nie stawia pod znakiem zapytania całej inwestycji, a jedynie przesuwa ją w czasie o kilka lat—spłacenie takiego kredytu zajmie trochę więcej czasu, ot, ze trzy, cztery lata… Biorąc pod uwagę, że i tak nie zacznę budować domu przed 40-tką, to niewielkie opóźnienie. I tak skończę będąc już zbyt starym, by organizować tam dzikie melanże, prawdopodobnie poprzestaniemy na garden parties w gronie podobnych nam tetryków.
Problem zaczął się, kiedy pojawiły się pierwsze działki do obejrzenia—trzeba rzucić wszystko, żeby obejrzeć, co pani agenta znajdzie, a tu jeszcze koleżanka małżonka mówi, że jej nie pasuje. Gdybyśmy jeszcze mieli samochód, to moglibyśmy się umawiać na oglądanie wtedy, kiedy nam wygodnie, a nie wtedy, kiedy możemy zostać zawiezieni przez panią agentę. Sam nie pojadę, razem nie pojedziemy, ktoś jednak musi, a w końcu i tak muszą wszyscy. Ale to był mały pikuś.
Duży pikuś pojawił się wtedy, gdy koleżanka małżonka zobaczyła koszty kredytu. Niby wcale nie tak wiele, biorąc pod uwagę, ile zarabiamy i ile wydajemy, ale kwota sama w sobie robi wrażenie. No i zrobiła na małżonce. Zrobiła wrażenie takie, że kobieta uznała, że nas nie stać (pomimo tego, że stać nas bez specjalnych wyrzeczeń).
Uda się? Nie uda? Się zobaczy.
Etykiety: rodzinka życie w Wołominie