Poprzedni wpis (More power to the people) | Następny wpis (Naprawili na gorsze)
Duma i niezadowolenie
Zawsze mnie zastanawiało, skąd się biorą badziewne serwisy WWW, zrobione na zasadzie prawie jak…, po których natychmiast widać, że są marną podróbką czegoś-tam. Wydawało mi się, że pomimo różnic w przymiotach intelektualnych (nie, nie jesteśmy sobie równi pod tym względem), istnieje pewien minimalny poziom dobrego smaku połączony z minimalnym poziomem rozsądku, którym posługuje się przytłaczająca większość ludzkości i takie wpadki nie są wynikiem celowego działania, bo przecież nikt specjalnie nie strzelałby sobie w stopę. No i właśnie niedawno doznałem zderzenia z rzeczywistością. Nie ma czegoś takiego. Zasada wydaje się prosta—jeżeli jest jakaś głupota, której klient może sobie zażyczyć, to sobie zażyczy. Można próbować mu wyperswadować taki pomysł, można próbować podsuwać mu rozsądne rozwiązania, które zmniejszą poziom głupoty jego propozycji, ale trzeba założyć, że skutek tego będzie żaden. W dodaku, raz wszedłszy na ścieżkę produkcji g*wna, nie da się z niej zejść tak łatwo i dodawanie kolejnych ficzerów powoduje tylko narastanie tej sterty. W takim przypadku trzeba się cofnąć o te kilka kroków, naprawić popełnione wcześniej błędy (najczęściej przez usunięcie tego, co kontrowersyjne) i dopiero wtedy można mówić o uwolnieniu się.
Jestem rozgoryczony, to prawda. Niewiele brakowało, a byłby serwis WWW, którym mógłbym się pochwalić znajomym i być z niego dumny na zasadzie jam ci to sprawił. I g*wno. Z powodu idiotycznych żądań klienta musieliśmy zrobić z niego koszmarek i nie dało się tego wyperswadować, nie dało się też przekonać klienta do naszych propozycji. Patrząc od strony biznesowej wszystko niby jest w porządku, pieniądze przepłynęły z jednego konta na drugie, klient jest zadowolony, firma jest zadowolona—ale ja nie jestem. Przez cały czas mam wrażenie, że przyłożyłem rękę do produkcji szajsu. którego jeszcze długo będę się wstydził, bo przecież nikogo tak naprawdę nie interesuje, ile włożyłem w to zaangażowania i pracy, przecież tak naprawdę liczy się efekt końcowy. W tym przypadku—opłakany i jest to oczywiste dla każdego, kto w internecie spędza trochę więcej czasu, niż trzeba na przejrzenie newsów na BBC, CNN czy Onecie. Pół roku pracy bez efektu, z którego można być zadowolonym już raz doprowadziło do tego, że zmieniłem pracę (a warunki na rynku pracy wtedy były znacznie gorsze niż teraz). Niestety, po około 10 latach pracy w branży nie spodziewam się, by gdziekolwiek sytuacja przedstawiała się lepiej. No, może tylko w Google, ale też pewien nie jestem…
A co gorsza, utknąłem w tym szajsie na dobre, trochę przez swoje wcześniej wspomniane zaangażowanie, a trochę z powodu braku zasobów. Pociesza mnie tylko to, że to wciąż Python.
Etykiety: praca programowanie
Komentarze (6)
#2 jarek skomentował(-a) 24 października 2007 o 17:39
Abstrahując od tego, że sprawa jest bardziej skomplikowana (od strony umowy z klientem), to tak się nie powinno robić... Jak sądzę.
#3 Qba skomentował(-a) 26 października 2007 o 22:49
Myślę, że niezależnie od obecnego kontraktu powinieneś mieć szansę zrobienia świetnego i popularnego serwisu. To że serwis w pewnym momencie "odleciał" na życzenie klienta nie oznacza wcale że firma nie chce mieć DOBREGO sprzedawanego dalej rozwiązania. Głowa do góry!
#4 macb skomentował(-a) 29 października 2007 o 11:18
niektore inne projekty, bedace na prostej drodze w kierunku zostania .. zawodowym... gównem dalo sie naprostowac ;]
#5 jarek skomentował(-a) 29 października 2007 o 13:18
Liczę na to, że pomożecie mi go wyprowadzić na prostą. Ty i Qba (bez jego wsparcia to chyba będzie w ogóle trudno). ;)
#6 Qba skomentował(-a) 29 października 2007 o 22:43
Anakin: Then we decided to come and rescue you.
Obi-Wan: Good job.
Skomentujesz?
* oznacza pole wymagane
#1 i0 skomentował(-a) 24 października 2007 o 15:50
Ja rozumiem, że szczegółów nie będzie, ale skoro klient tak daleko odszedł od ideału, to czy nie możesz zrealizować projektu jako własnego?