Poprzedni wpis (Naprawili na gorsze) | Następny wpis (Wartości domyślne zdają się nie być tym, czym są...)

Web3.0? Nie, dziękuję.

Spotkałem się w niedzielę z pewnym człowiekiem… Zaproponował mi wzięcie udziału w dużym, celującym wysoko międzynarodowym projekcie serwisu, oczywiście nie za darmo. Sama propozycja bardzo mile podłechtała moją próżność (podobnie jak kilka miesięcy wcześniejsza propozycja wzięcia udziału w rekrutacji do Google), więc bardzo się nie opierałem przed osobistym spotkaniem, pomimo tego, że miało ono nastąpić w sobotę lub w niedzielę. Katalizatorem dobrego nastawienia do propozycji było to, że człowiek ten przyjechał specjalnie w niedzielę z Krakowa, żeby spotkać się ze mną i z jeszcze jedną osobą z nieodległej firmy (technologicznie i geograficznie), którą też chciał w ten projekt wciągnąć. Umówiliśmy się na 17:00 w Złotych Tarasach, żeby omówić projekt i kilka wstępnych ustaleń.

Człowiek okazał się bardzo miłym młodzieńcem, naprawdę zapalonym do swojego pomysłu. Przedstawił swoją wizję dość klarownie, jednak próba pokazania mi działającego dema zakończyła się katastrofą i nie zobaczyłem nic, oprócz strony z debugiem błędu w Django. Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło, to katastrofa, której doznaliśmy w lipcu, gdy próbowaliśmy pokazać klientowi aplikację na Węgrzech—wtedy przez 5 minut było OK, ale potem wszystko zaczęło się walić. Tutaj nie było nawet tych pięciu minut, co przy założeniu, że aplikacja ma być gotowa za miesiąc, oznaczać może tylko jedno—stan aplikacji jest bardziej niż niepokojący. Z innych rzeczy pozaproduktowych, kwestię finansową przemilczę, bo moja matka twierdzi, że przewróciło mi się w głowie i straciłem kontakt z rzeczywistością. Wystarczy że napiszę, że nie miałbym lepiej, niż mam teraz.

A teraz o samym produkcie. Nie poruszyła mnie jego idea. Być może jestem za stary na takie gwizdki, być może przez cały czas myślę jak człowiek z trzeciego świata, ale faktem jest, że nie poruszyła mnie wizja milionów ludzi płacących po $10 rocznie za coś, co tylko podbudowuje ich ego. Bardzo możliwe, że w ten sposób działają nastolatki, bardzo też możliwe, że postępujące otumanienie społeczeństw konsumpcyjnych idzie w parze z zatrzymaniem rozwoju mentalnego na poziomie nastolatków. Wiem, że można na tym robić pieniądze (vide przykład MySpace czy Facebook) i to nawet ogromne, jednak nie przekonuje mnie to. Wydaje mi się, że na długi czas zatrzymałem się na poziomie Web1.0 i z dużym trudem doszlusowałem do poziomu Web2.0, nie połykając go w całości jak leci, a jedynie przyswajając sobie kluczowe idee. Z każdą kolejną iteracją główna idea internetu wydaje mi się odchodzić w kierunku coraz głębszego autyzmu, a projekt przedstawiony przez tego człowieka wydaje mi się tak autystyczny, że bardziej już nie można. Więcej o filozoficznych podstawach mojego poglądu na rozwój internetu pewnie jeszcze kiedyś napiszę.

Konkudując w skrócie, mam jeszcze kilka godzin na zastanowienie się, ale nie przypuszczam, żeby cokolwiek było w stanie zmienić moją decyzję. Nie wchodzę w to.

Komentarze (2)

#1 mak skomentował(-a) 30 października 2007 o 00:23

co tutaj dodać ? -- KASA, za nic :) pewnie kilku nicponi ich naciągnie :)

#2 Kamil skomentował(-a) 31 października 2007 o 21:08

"(...) klientowi aplikację na Węgrzech—wtedy (...)"
Jak miło słyszeć o swojej rodzimej miejscowości w takim miejscu.

Skomentujesz?

* 


* 


* oznacza pole wymagane