Mediterranean Beach Resort, Laganas, Zakynthos (cz. 2)

Po kilku zdaniach wstępu czas przejść do samego hotelu i okolic.

Hotel

Najważniejszym dla nas kryterium wyboru było to, by hotel znajdował się bezpośrednio przy plaży, co odfiltrowało przytłaczającą większość obiektów. Z tych, które pozostały wybraliśmy ten, który miał najlepsze opinie wśród ludzi, którzy spędzili tam wakacje (po polsku np. Holiday Check, a po angielsku Trip Advisor). Jak się okazało, metoda się sprawdziła.

Sam obiekt nie wyróżnia się szczególnie od strony lądu, jednak po przejściu przez bramę sprawia dużo lepsze wrażenie. Większość pokoi jest usytuowana w dwóch rzędach dwupiętrowych budynków — razem 4, po obu stronach dróżki prowadzącej do basenu i na plażę. Pokoi z bezpośrednim widokiem na morze jest tylko 6, więc szanse na otrzymanie takiego są minimalne, natomiast warto zainteresować się pokojami z numerami 7xx, położonymi na piętrach (71x i 72x), mają one boczny widok na morze z balkonów, chyba jako jedyne (my mieliśmy pokój 711). Balkon położony jest od strony wschodniej, więc słońce operuje na nim do południa. O przepięknie pachnącym krzewie z żółtymi kwiatami nie wspomnę, bo nijak mi tego zapachu opisać.

Pokój był zaskakująco duży — nawet z dostawką było w nim przestronnie. Balkon niewielki, ale wystarczający, żeby zmieścił się na nim stolik i dwa krzesła. Uwaga: brak sznurków do suszenia kostiumów kąpielowych (ręczniki dało się wywiesić przez balustradę). Ogólnie czysto (sprzątanie i wymiana ręczników codziennie, wymiana pościeli co 3 dni — za dopłatą częściej), choć wyposażenie sprawiało wrażenie tandetnego. W telewizji kanały greckie, holenderskie i niemieckie (nic po angielsku, nie wspominając o polskim). W łazience wanna z zasłoną prysznicową (sam prysznic nadawał się jedynie do spłukiwania), toaleta, duża umywalka z dużym blatem i suszarka do włosów (działająca). Z mebli duża szafa, 2 szafki przy łózku, biurko, krzesło, sejf i minibar (można wykorzystywać jako lodówkę, ale rzeczy trzeba wyciągać przed sprzątaniem pokoju). Za sejf trzeba dopłacić, podobnie jak za opróżnienie minibaru celem legalnego wykorzystywania go jako lodówki.

Obsługa była miła i przyjazna. Wszyscy uśmiechnięci (od sprzątaczki do general managera, od boya do kierowniczki sali w restauracji) i chętni do pomocy. Ceny w lounge barze i pool barze znacząco wyższe, niż na mieście, ale nikt nie zwracał nam uwagi, że przy basenie spożywamy własne napoje (teoretycznie to nielegalne), choć może dlatego, że robiliśmy to dyskretnie. Przykładowe ceny: małe piwo (butelka) €2.50, duże piwo (szklanka) €3.50, latte machiato €3.50, woda mineralna (1l) €2.00.

Hotel jest cichy i położony trochę na uboczu, więc nie docierały do nas odgłosy imprezowania, z jednym wszakże wyjątkiem. W nowo otwartym hotelu obok wylądowała grupa Niemców i co 2 dni urządzano dla nich imprezy w barze przy basenie. Głośne, długie i co tu dużo mówić, w stylu wiejskiego wesela (chóralne przyśpiewki i tańce). Pomagało zamknięcie drzwi na korytarzu, chociaż raz musieliśmy spać przy zamkniętym balkonie (na szczęście klimatyzacja w cenie).

I kilka słów o tym, co z samym hotelem związane jedynie wirtualnie: o plaży i o widokach. Żeby się napatrzeć najlepiej jest przejść się w okolice basenu. Po lewej widok na półwysep Vassilikos, po prawej na wyspę Marathonisi, a na wprost śliczne morze. Bezapelacyjnie doskonałe położenie. Plaża piaszczysta, dno morskie również, jedynie przy samym brzegu drobniutki żwirek. Niestety, plaża w Laganas stanowi fragment przemysłu rozrywkowego, więc spokoju na niej raczej nie zastaniecie — w tym celu polecam przechadzkę w kierunku Kalamaki, po 10 minutach zaczyna się nieco bardziej dziewiczy fragment.

Jedzenie

Śniadania monotonne, nastawione na gości z Wielkiej Brytanii. Typowy full english breakfast, ale z paroma lokalnymi dodatkami (kozi ser, paszteciki z ciasta francuskiego ze szpinakiem lub kozim serem), poza tym standard (eggs, bacon, sausage, beans). Pyszne pieczywo, nie warto poprzestawać na bułeczkach. Z warzyw jedynie pomidory i ogórki, żadnego nabiału poza mlekiem i masłem.

W menu kolacji dało się zauważyć pewne urozmaicenie, ale zawsze to była przystawka + main course. Były jakieś zupy, ale nie wyglądały zachęcająco. Raz czy dwa szef zaszalał i zrobił coś, co wszyscy fotografowali, ale nikt nie jadł, bo nie wiedział jak. Jako danie główne był drób, jakieś mięso (raz baranina, poza tym raczej duszona wieprzowina), czasem ryby, z dodatków coś z ziemniaków (pieczone cząstki lub frytki), ryż i makaron, jakieś warzywa gotowane na parze (kalafior, brokuł, mieszanka). Ogólnie smacznie i świeżo, choć bez polotu i na lokalną kuchnię nie ma co liczyć. Napoje do kolacji płatne dodatkowo, w cenach takich samych lub zbliżonych, jak w dwóch hotelowych barach.

O jedzeniu poza hotelem poniżej.

Laganas

Zwane inaczej pułapką na turystów, zasadniczo mogłoby się znajdować w dowolnym miejscu na świecie i w większości niejsc wyglądałoby tak samo. Dwie ulice na krzyż (zwane Main Road i Kalamaki Road), wszystkie zapchane barami pod Anglików i sklepami z pamiątkami Made in China. Nie warto łazić po tym miasteczku, chyba że w jakimś konkretnym celu. Greckości w samym Laganas nie uświadczysz, najbliżej trochę tego widać było dopiero w dzielnicy (miejscowości?) Vezal, w kierunku Agios Sostis (10 minut spaceru plażą lub 20 minut ulicami).

Menu większości restauracji skomponowane tak, by goście z Wielkiej Brytanii czuli się jak w domu (po co w takim razie z niego wyjeżdżają?, taka mała dygresja), z kilkoma chlubnymi wyjątkami, a jednym z nich była Panos & Kostas Taverna przy Kalamaki Road (naprzeciwko dość charakterystycznej indyjskiej restauracji Taj Mahal).

W Panos & Kostas Taverna (jak ją nazywaliśmy: u Kosty) jedliśmy w sumie cztery razy, za każdym razem było to (przynajmniej dla mnie) kulinarne przeżycie najwyższych lotów. Niezależnie od tego czy to była baranina Kleftiko, czy zwykłe souvlaki, było po prostu pyszne. Do tego butelka lokalnej Retsiny (z winiarni Callinico) i nie chce się wychodzić. Jeżeli chodzi o menu dla dzieci, to raczej należy unikać chicken nuggets — są tak dokładnie zmielone, że nie wiadomo, z czego są zrobione, polecić za to mogę spaghetti i pizzę. Jako ser podawany był lokalny odpowiednik parmezanu, o sporo łagodniejszym aromacie. Polecam również sałatki (z tuńczykiem, z kurczakiem i oczywiście choriatiki) z doskonałymi sosami jogurtowymi (podawane oddzielnie). Mały obiad (lub obfity lunch) na dwoje dorosłych i dziecko z napojami (lemoniada lub sok, butelka wina) to wydatek rzędu €25-30. Napiwek nie wliczony, oczywiście mile widziany, ale mało kto daje podczas lunchu. Ja nie miałem wątpliwości, czy dawać.

Jeżeli chodzi o inne restauracje i bary, to w porze lunchu lepiej zawsze sprawdzić, czy obowiązuje jeszcze menu śniadaniowe, czy już dzienne. W większości zmiana menu następuje około południa, ale lepiej zapytać, żeby nie musieć wychodzić (głodne kobiety są w stanie znieść śniadaniowe jedzienie o 13, ale żegnajcie doznania kulinarne...). Wielu właścicieli widząc potencjalnego klienta wychodziło przed bar i zachwalało swoje oferty twierdząc tradycyjnie, że ich kuchnia jest najbardziej grecka w Laganas, ale menu zasadniczo wszędzie było takie same (choriatiki, baranina Kleftiko, gulasz Stifado, souvlaki, musaka), ceny również.

Najlepszy sklep z pamiątkami jaki udało nam się znaleźć był przy skrzyżowaniu Kalamaki Road i Main Road, chociaż nie oferował niczego, czego nie dałoby się znaleźć gdzie indziej — był po prostu największy (wszystko pod jednym dachem). Przy Kalamaki Road był także sklepik (a może raczej stragan) z natural Greek products, ale rzeczywistość zdawała się nieco odbiegać od reklamy, wiele produktów miało nalepki Made in China, w sumie nic złego, ale pewien niesmak zostaje.

Poruszanie się po Laganas poza dwiema głównymi ulicami odbywa się głównie po jezdniach (chodniki służą do parkowania). Grecy jeżdżą po luzacku, więc lepiej mieć oczy naokoło głowy.

O atrakcjach wyspy ogólnie napiszę w następnym odcinku.

Jak łatwo jest zejść na psy?

Rok temu, bawiąc w Krakowie jako prelegent podczas Zlotu Programistów Delphi, jadłem obiad w gruzińskiej restauracji Chaczapuri. Mieliśmy wtedy na świeżo przykre przeżycia kulinarne ze Sphinxa w Alejach Jerozolimskich, więc z pewną nieufnością podeszliśmy do restauracji bardzo podobnej zarówno w charakterze, atmosferze, cenach, jak i — pomimo zadeklarowanej różnicy kilturowej — pod względem menu. Okazało się, że o ile układ menu jest podobny, o tyle samo wykonanie i podanie jest o wiele lepsze. Postanowiliśmy więc sprawdzić, czy restauracja utrzymała poziom i czy nadal możemy ją polecać.

Nie możemy. Ze spokojnej restauracji, chociaż przecież nie pustej, zrobił się młyn na miarę McDonalds. Przez restaurację przewalały się tłumy ludzi, a stoliki stały nawet w przedsionku i przy wejściu do toalety. Na jedzenie czekaliśmy koszmarnie długo, choć zamówienie było bardzo standardowe. To, co dostaliśmy, było ledwo zjadliwe (ale nadal lepsze, niż te śmieci, które podają w Sphinxie) i właściwie jedynym plusem było to, że nie wyszliśmy głodni. Podobnie jak w ubiegłym roku, otrzymałem co innego, niż zamówiłem (oczywiście, tańszego i gorszego), byłem jednak zbyt głodny, żeby dochodzić swoich warzyw do schabu. Rok temu też ich nie dostałem, więc uznałem, że to całkiem normalne. Sam schab był suchy i twardy jak zelówa, jakby nie mógł żyć bez sosu. Frytki były bez zarzutu (cienkie, chrupiące, nie przesolone i nie tłuste), ale ryż rozgotowany jak u chińczyka.

Jeżeli ktoś będzie w Krakowie i postanowi wydać skromne pieniądze na jedzenie, to może lepiej niech zrobi to gdzie indziej, niż w restauracji gruzińskiej Chaczapuri. Mnie już chyba na długo ta restauracja będzie się kojarzyć z długim oczekiwaniem na furę jedzenia marnej jakości, za które trzeba będzie zapłacić jak za furę jedzenia nieco lepszej jakości.