Dawaj, Bartosz, dawaj! :)

Kolega Bartosz M. waha się, czy zająć się samodzielnym warzeniem piwa. Spoko, ja się wahałem przez ok. 5 lat (kto zechce to sprawdzi, kiedy założyłem sobie konto na forum browar.biz). Wreszcie zdecydowałem się i w ciągu półtora miesiąca wsiąkłem w to na całego. Teraz nie wyobrażam sobie, że mógłbym polegać na zaopatrzeniu okolicznych sklepów, nie wspominając o tym, że nie daję już rady pić koncerniaków, po prostu nie wchodzi mi typowy, mocno odfermentowany i niedoleżakowany lager. Lubię pilsy, lubię pszenice jasne i ciemne, lubię Alty i Kölsche, lubię jasne monachijskie i dortmundzkie eksportowe — świat jest pełen rodzajów piw (poprawnie nazywa się je stylami), aż żal marnować życie na tzw. international lager, nota bene styl, który oficjalnie nie istnieje...

Dawaj, Bartosz. Podążaj za pełnią smaku.

Dalej

Z okazji 40-tego roku życia postanowiłem zrobić coś ciekawego z moim życiem. To znaczy zrobić prawo jazdy kategorii A i kupić sobie motocykl na stare lata.

Motocykl, który będzie odzwierciedlał moje upodobania, odpowiadał moim potrzebom emocjonalnym i wypełniał to, czego nie jest mi w stanie wypełnić najfajniejsze kombi, jakim do tej pory jeździłem, czyli Volvo V40 2.0T.

To będzie królowa polnych dróg, Honda XRV 750 Africa Twin, albo nieco mniej offroadowa a więcej szosowa jej krewniaczka Honda Transalp (pewnie skończy się na silniku 650ccm). Z pewnym naciskiem na opcję nr 2, to znaczy Transalpa, bo jednak więcej będzie jeżdżenia po twardych drogach, chociaż jeszcze chyba przez długi czas dziurawych. Albo coś innego, podobnego, bo jeszcze trochę czasu zostało. W każdym razie, kierunek to duże turystyczne enduro i tego się będę trzymał.

W każdym razie — najpierw trzeba się zapisać na kurs, odbyć (baczność!) szkolenie zasadnicze (spocznij!), a wreszcie zdać egzamin. Uda się? Pewnie, że się uda!

Rozterki wieku średniego

Wraz ze zbliżającą się 40-tką dojrzewam do kupienia sobie sportowego samochodu. Symptomatyczne dla wieku i przynależności do klasy średniej, jak sądzę. W związku z tym, że do 40-tych urodzin zostało jeszcze ponad półtora roku, na razie przechodzę etap wyboru obiektu. W sferze zainteresowania chwilowo są 3 modele dużych coupe robionych przez białych ludzi (bo niczego małego i robionego w Azji nie kupię) i jeden rezerwowy, gdyby kupienie żadnego z pozostałych nie wchodziło w grę:

Każdy z nich ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne, niestety. O co z Peugeotem chodzi, to wiadomo — jednorożec (więc ma największego plusa ze wszystkich konkurentów) ale bardzo trudno dostępny w stanie niezajeżdżonym i niebitym, a potem bynajmniej nie tani w utrzymaniu (szczególnie w wersji z silnikiem 3.0 V6 24v i to wcale nie z powodu apetytu na paliwo...). Mercedesów jest sporo i w pełnej gamie silników, ale w środku toto wygląda niestety jak taksówka i nie jestem pewien, czy jazda takim czymś sprawi mi przyjemność. Cougarów na rynku jest przeciętnie dużo, ale to nowy zawodnik w mojej stawce i muszę się do niego przekonać. Na plus przemawia to, że to znajomy Ford i jego cena, a na minus... pochodzenie od Mondeo Mk2. Przeciwko Volvo przemawia mała podaż i wysoka cena. Poza Mercedesem wszystkie te samochody mają entuzjastyczne oceny od swoich właścicieli i gdyby nie duża podaż CLK to nawet nie spojrzałbym w jego stronę. Ostatnia nadzieja w paru znajomych, którzy sprowadzają auta z Niemiec, może na tamtym rynku uda się coś ciekawego wyrwać.

Większość konkurentów (poza, oczywiście, Peugeotem) nie dostąpiła jeszcze zaszczytu przewiezienia mnie, więc najważniejsza próba dopiero przed nimi. Jeszcze trochę czasu na podjęcie decyzji mam, ale szykuje się ciekawy rok...

Bez dumy

Zainspirowany komentarzem tylika przemyślałem sobie jeszcze raz kwestię mojej odysei egzaminacyjnej. Tylik, ja naprawdę nie mam się czym chwalić.

Mam 38 lat, od około 20 jeżdżę różnymi pojazdami, małymi i dużymi, szybkimi i wolnymi, na gąsienicach i na kołach, takimi co pływają i takimi, co się ledwo toczą, od Fiata 126p do BRDM-2, od Ursusa C-330 do BWP-1 (zgadza się, dłużej jeżdżę, niż piszę programy!). Wydawało mi się, że z takim doświadczeniem zdanie egzaminu państwowego będzie niemal formalnością, jednak przykładnie odjeździłem wszystkie jazdy, na luzaku przyjechałem w grudniu na egzamin i... przeżyłem pierwszy szok, gdy oblałem egzamin na łuku. Dlaczego, przecież niewiele to się różni od wyjeżdżania na parkingu czy z garażu (w przypadku naszego garażu jest nawet mniej miejsca)? Zagadka. Potem zagadek było jeszcze więcej — na egzaminie robiłem rzeczy, o które sam bym się nie podejrzewał, że w ogóle potrafię. Dopiero za piątym razem pozbierałem się jakoś i wreszcie ten egzamin zdałem. Do nikogo nie mogę mieć pretensji poza sobą.

Wszystko to może świadczyć o tym, że moje zdanie o sobie samym jest całkowicie błędne — psychicznie daleko mi do zimnego twardziela, który każdy stres bierze na miękko, robi co ma zrobić i idzie na wódkę po skończonej robocie. Dlatego właśnie czuję się psychicznie złomotany, pomimo tego, że oczywiście cieszę się ze zdanego egzaminu i zakończenia okresu przejściowego. Jednym zdaniem: powód do radości tak, ale do dumy to już nie — jest się z czego cieszyć, ale nie ma czym chwalić.

Co oczywiście nie psuje mi nastroju na tyle, żebym siedział w kącie i pochlipywał pod nosem — trzeba się zająć nową sytuacją na poważnie. Tylik ma swojego jednorożca, mam i ja ;). Celuję trochę niżej: Peugeot 406 Coupe 3.0 V6, ale przez to mam nadzieję ustrzelić sztukę nieco mniejszym wysiłkiem (głownie finansowym). Pewnie jeszcze trochę o tych polowaniach na mojego jednorożca tu się pojawi, a z obecnego stanu rynku (okazy można znaleźć np. na allegro) wnioskuję, że parę sztuk zląduje też na bezwypadkowe.net.