Sezon wczasowy 2010 rozpoczniemy 17 maja. Planowaliśmy Korfu, ale nie było z czego wybrać. Planowaliśmy również Thassos, ale też nie było ofert. W końcu, żeby gdziekolwiek pojechać, zarezerwowaliśmy sobie tydzień na Chalkidiki. Może nam od tego nie powypadają włosy.
Już zaczynam odliczać dni.
Ostatnio jest cicho, więc dla poddierżenia razgawora kilka drobiazgów.
@classmethod
def import_object(cls, obj):
return False, None
Zimno. Odkąd wróciłem z Grecji jest mi nieustająco zimno. Niestety, w te wakacje raczej nie uda mi się dostać 10 dni urlopu, więc jeżeli już pojedziemy do Grecji, to na tydzień.
Ustaliliśmy z żoną, że w przyszłym roku Escort idzie do ludzi. Jakby to wyczuł, bo zaczął się sypać: najpierw jakiś wyciek z układu hamulcowego, teraz problemy ze sprzęgłem i skrzynią biegów.
Po raz pierwszy od ponad miesiąca przyjechałem dziś do pracy komunikacją publiczną. Bez stania w korkach i czekania na autobusy (akurat dziś podjeżdżały w mgnieniu oka) zajęło mi to 70 minut (85 od wyjścia z domu). Samochodem w 70 minut dojeżdżam stojąc w korkach (Piłsudskiego/Chełmżyńska i Marsa). Na szczęście to był jednorazowy wybryk, już jutro znowu zamieniam bus na wóz.
Do koncertu Nine Inch Nails w Poznaniu pozostało 20 dni.
Obiecałem, proszę.
Dla niemających Flajsza: wersja normalna na Google Picasa.
Dziś prawdopodobnie ostatnia, trzecia już część wspominków z naszego wyjazdu na Zakynthos (prawdopodobnie, bo postaram się zamieścić jeszcze galerię zdjęć). W pierwszym odcinku były ogólne informacje o wyjeździe i o biurze podróży, w drugim opisałem trochę hotel Mediterranean Beach Resort oraz Laganas, a teraz przyszedł czas na atrakcje, jakie oferuje wyspa Zakynthos turystom. Szanownych czytelników proszę o wzięcie pod uwagę, że byliśmy tam tuż przed rozpoczęciem sezonu, więc zarówno informacje o dostępnych rozrywkach, jak i przykładowe ceny mogą okazać się nieaktualne.
W samym Laganas atrakcji turystycznych (poza nocnym życiem i sklepami z pamiątkami) praktycznie nie ma. Z powodu ochrony żółwi morskich nie ma również możliwości uprawiania żadnych sportów wodnych — można jedynie wynająć rowerek wodny (€10 za godzinę). Jedyną atrakcją są wycieczki łodziami (z szyprem lub wynajętymi) na poszukiwanie żółwi, na wyspę Marathonisi i do jaskiń na półwyspie Keri. Ceny w połowie maja przedstawiały się następująco (dzieci do lat 8 w każdym przypadku gratis):
-
poszukiwanie żółwi (1 godzina): €10, zwracane w przypadku nie znalezienia żółwi;
-
poszukiwanie żółwi i wyspa Marathonisi (2 godziny): €15;
-
poszukiwanie żółwi, wyspa Marathonisi i jaskinie Keri (3 godziny): €20.
Samochodem po wyspie
Istnieje teoretyczna możliwość objechania całej wyspy w 1 dzień, ale my tego nie próbowaliśmy — jeździliśmy z pięcioletnim dzieckiem, w dodatku już na początku dał się odczuć mój brak doświadczenia w prowadzeniu samochodu w warunkach górskich (mało, że mieszkamy na nizinach, to prawo jazdy odebrałem raptem 3 tygodnie wcześniej...). Było to zwyczajnie zbyt męczące.
Pojechaliśmy na północ, w kierunku Katastari, Alykes i Agios Nikolaos Vassilikos, w planach mając wycieczkę łodzią do Blue Caves, potem lunch w Anafonitrii, obejrzenie wraku z góry i powrót do Laganas na kolację około godziny 18. Niestety, szybko okazało się, że po wyspie nie da się jechać na tyle szybko, żeby zdążyć zrealizować ten plan. Najpierw odpadł wrak (i tak byliśmy już pewni, że wrócimy na Zakynthos, więc nic straconego...). W porcie Agios Nikolaos byliśmy około południa, potem wycieczka do grot i o 13:30 byliśmy gotowi jechać dalej. Żona i córka były jednak tak zmęczone, że postanowiliśmy wracać do Laganas i zjeść lunch gdzieś po drodze, może w Alykes, a może w Katastari. Na szczęście w pewnym momencie przegapiłem skrzyżowanie, na którym miałem skręcić w lewo do Alykes i pojechaliśmy w nieznane i nieplanowane. Po około 40 minutach dojechaliśmy do bardzo malowniczej wsi Volimes. Po przejściu paru kroków od centralnego skrzyżowania trafiliśmy do prawdziwej Grecji. Co krok pozostałości tego, co zostało zniszczone 50 lat temu w wyniku trzęsienia ziemi (w 1953 roku): a to dzwonnica bez cerkwi, a to portyk jakiegoś budynku i ogólnie atmosfera rustykalna. Odetchnęliśmy trochę, zjedliśmy lekki lunch i ruszyliśmy w drogę powrotną. W Laganas byliśmy około 16, akurat o takiej porze, żeby damy złapały trochę słońca na leżakach i popluskały się w basenie.
Praktycznie na całej wyspie obowiązuje ograniczenie prędkości do 50km/h. W kilku miejscach widziałem informacje o fotoradarach, ale żadnego nie udało mi się wypatrzyć. Przy wjeździe do wsi i miasteczek są ustawione ograniczenia do 40km/h, a w pobliżu budynków użyteczności publicznej (posterunki policji, szkoły, cerkwie) do 30km/h. Droga z miasta Zakynthos do Katastari, Alykes i Agios Nikolaos Vassilikos jest bardzo stroma i kręta (między Katastari i Alykes rzadko gdzie da się jechać szybciej niż 30km/h), często jeżdżą po niej z dużą prędkością ciężarówki wyładowane materiałem skalnym z kamieniołomów. Na całej trasie od miasta Zakynthos do Alykes było może ze 2-3 miejsca, w których można było się zatrzymać, potem do portu było w dół i nieco lepiej pod względem miejsc widkowych i odpoczynkowych. Droga z Agios Nikolaos Vassilikos do Volimes (część trasy do Anafonitrii i wraku) była równie kręta, ale mniej stroma, nie było na niej jednak żadnego miejsca, gdzie można byłoby zatrzymać się choć na chwilę (uwaga na stada kóz!). Z Volimes do miasta Zakynthos z kolei była kręta, ale w dół, miejsc do zatrzymania się niewiele, ale da się wysiąć i zrobić parę ładnych zdjęć. W okolicach wiejskich po południu można natknąć się na stada kóz przetaczające się w poprzek drogi, nie pomaga pociskanie klaksonu, trzeba po prostu stanąć i poczekać.
Wycieczki łodziami
Zrobiliśmy sobie dwie wycieczki łodziami: do Blue Caves z portu Agios Nikolaos Vassilikos i potem na poszukiwanie żółwi + wyspa Marathonisi z Laganas. Chcieliśmy popłynąć na plażę z wrakiem, ale półdniowe wycieczki tylko do wraku są organizowane dopiero od czerwca, w pełnym sezonie, w maju tylko całodniowe wokół wyspy. Według opinii rezydenta należy unikać statku Delfini (czerwony), ponieważ jest stary i awaryjny. Nie wiem, na ile jest to zgodne z prawdą.
Wycieczka łodzią do Błękitnych Grot miała nas kosztować €25 (2 x 10 + 5 za dziecko), ale gdy okazało się, że mamy jedynie €19.80 w gotówce, szyper zgodził się zawieźć nas tam za dokładnie tyle. Nie dało się odczuć, żebyśmy mieli przez to program zubożony, szyper obwiózł nas po wszystkich jaskiniach ze wszystkimi atrakcjami, jak przepływanie po skalnymi łukami.
Wycieczka na żółwie + Marathonisi składała się w połowie z krążenia po zatoce i wypatrywania żółwi, w końcu szyper dostał przez radio informację, gdzie ma płynąć i znaleźliśmy jednego. Widok niesamowity. Parę fotek i popłynęliśmy na wyspę Marathonisi, gdzie można sobie popływać lub posiedzieć na plaży. Powrót w okolicy wyspy Cameo. Na podobną wycieczkę nieco większym stateczkiem można popłynąć z portu Agios Sostis (20 minut plażą od Laganas).
Atrakcje, z których nie skorzystaliśmy
Zabrakło nam czasu na wycieczkę wokół wyspy. W Laganas można bez problemu zarezerwować miejsca z bezpłatnym transportem do portu w mieście Zakynthos, podobnie jak wycieczkę na Kefalonię, do Aten, wycieżki na żółwie, na półwysep Keri czy bilety do Aqua Parku. Jak wcześniej wspomniałem, kilkugodzinne wycieczki statkiem do zatoki wraku organizowane są dopiero w pełnym sezonie.
Inne atrakcje jakie były tam oferowane, to m.in. autokarowe objazdy wyspy, wycieczki konne i nauka jazdy konnej. Przy Kalamaki Road są 2 punkty rezerwacji wycieczek, przy Main Road widziałem kolejne dwa.
Nie wybraliśmy się też na zwiedzanie miasta Zakynthos, nasza córa jest jednak za mała na włóczenie się po mieście i oglądanie poważnych zabytków.
W samym Laganas jest jeszcze tor kartingowy, ale wydawał się mały i tandetny.
Na tydzień czy na dwa?
Moim zdaniem na tydzień, choć przydałoby się kilka razy, żeby móc skorzystać z plażowania i obejrzeć ciekawe miejsca. Dwa tygodnie mnie przynajmniej wydaje się za dużo jak na tak małą wyspę, w dodatku prawie całkowicie pozbawioną zabytków. Widoki zatykają dech w piersiach, ale to wystarcza na tydzień.
My w każdym razie postanowiliśmy już, że wrócimy na Zakynthos, może w maju przyszłego roku, a może uda się jeszcze w tym roku...
Po kilku zdaniach wstępu czas przejść do samego hotelu i okolic.
Hotel
Najważniejszym dla nas kryterium wyboru było to, by hotel znajdował się bezpośrednio przy plaży, co odfiltrowało przytłaczającą większość obiektów. Z tych, które pozostały wybraliśmy ten, który miał najlepsze opinie wśród ludzi, którzy spędzili tam wakacje (po polsku np. Holiday Check, a po angielsku Trip Advisor). Jak się okazało, metoda się sprawdziła.
Sam obiekt nie wyróżnia się szczególnie od strony lądu, jednak po przejściu przez bramę sprawia dużo lepsze wrażenie. Większość pokoi jest usytuowana w dwóch rzędach dwupiętrowych budynków — razem 4, po obu stronach dróżki prowadzącej do basenu i na plażę. Pokoi z bezpośrednim widokiem na morze jest tylko 6, więc szanse na otrzymanie takiego są minimalne, natomiast warto zainteresować się pokojami z numerami 7xx, położonymi na piętrach (71x i 72x), mają one boczny widok na morze z balkonów, chyba jako jedyne (my mieliśmy pokój 711). Balkon położony jest od strony wschodniej, więc słońce operuje na nim do południa. O przepięknie pachnącym krzewie z żółtymi kwiatami nie wspomnę, bo nijak mi tego zapachu opisać.
Pokój był zaskakująco duży — nawet z dostawką było w nim przestronnie. Balkon niewielki, ale wystarczający, żeby zmieścił się na nim stolik i dwa krzesła. Uwaga: brak sznurków do suszenia kostiumów kąpielowych (ręczniki dało się wywiesić przez balustradę). Ogólnie czysto (sprzątanie i wymiana ręczników codziennie, wymiana pościeli co 3 dni — za dopłatą częściej), choć wyposażenie sprawiało wrażenie tandetnego. W telewizji kanały greckie, holenderskie i niemieckie (nic po angielsku, nie wspominając o polskim). W łazience wanna z zasłoną prysznicową (sam prysznic nadawał się jedynie do spłukiwania), toaleta, duża umywalka z dużym blatem i suszarka do włosów (działająca). Z mebli duża szafa, 2 szafki przy łózku, biurko, krzesło, sejf i minibar (można wykorzystywać jako lodówkę, ale rzeczy trzeba wyciągać przed sprzątaniem pokoju). Za sejf trzeba dopłacić, podobnie jak za opróżnienie minibaru celem legalnego wykorzystywania go jako lodówki.
Obsługa była miła i przyjazna. Wszyscy uśmiechnięci (od sprzątaczki do general managera, od boya do kierowniczki sali w restauracji) i chętni do pomocy. Ceny w lounge barze i pool barze znacząco wyższe, niż na mieście, ale nikt nie zwracał nam uwagi, że przy basenie spożywamy własne napoje (teoretycznie to nielegalne), choć może dlatego, że robiliśmy to dyskretnie. Przykładowe ceny: małe piwo (butelka) €2.50, duże piwo (szklanka) €3.50, latte machiato €3.50, woda mineralna (1l) €2.00.
Hotel jest cichy i położony trochę na uboczu, więc nie docierały do nas odgłosy imprezowania, z jednym wszakże wyjątkiem. W nowo otwartym hotelu obok wylądowała grupa Niemców i co 2 dni urządzano dla nich imprezy w barze przy basenie. Głośne, długie i co tu dużo mówić, w stylu wiejskiego wesela (chóralne przyśpiewki i tańce). Pomagało zamknięcie drzwi na korytarzu, chociaż raz musieliśmy spać przy zamkniętym balkonie (na szczęście klimatyzacja w cenie).
I kilka słów o tym, co z samym hotelem związane jedynie wirtualnie: o plaży i o widokach. Żeby się napatrzeć najlepiej jest przejść się w okolice basenu. Po lewej widok na półwysep Vassilikos, po prawej na wyspę Marathonisi, a na wprost śliczne morze. Bezapelacyjnie doskonałe położenie. Plaża piaszczysta, dno morskie również, jedynie przy samym brzegu drobniutki żwirek. Niestety, plaża w Laganas stanowi fragment przemysłu rozrywkowego, więc spokoju na niej raczej nie zastaniecie — w tym celu polecam przechadzkę w kierunku Kalamaki, po 10 minutach zaczyna się nieco bardziej dziewiczy fragment.
Jedzenie
Śniadania monotonne, nastawione na gości z Wielkiej Brytanii. Typowy full english breakfast, ale z paroma lokalnymi dodatkami (kozi ser, paszteciki z ciasta francuskiego ze szpinakiem lub kozim serem), poza tym standard (eggs, bacon, sausage, beans). Pyszne pieczywo, nie warto poprzestawać na bułeczkach. Z warzyw jedynie pomidory i ogórki, żadnego nabiału poza mlekiem i masłem.
W menu kolacji dało się zauważyć pewne urozmaicenie, ale zawsze to była przystawka + main course. Były jakieś zupy, ale nie wyglądały zachęcająco. Raz czy dwa szef zaszalał i zrobił coś, co wszyscy fotografowali, ale nikt nie jadł, bo nie wiedział jak. Jako danie główne był drób, jakieś mięso (raz baranina, poza tym raczej duszona wieprzowina), czasem ryby, z dodatków coś z ziemniaków (pieczone cząstki lub frytki), ryż i makaron, jakieś warzywa gotowane na parze (kalafior, brokuł, mieszanka). Ogólnie smacznie i świeżo, choć bez polotu i na lokalną kuchnię nie ma co liczyć. Napoje do kolacji płatne dodatkowo, w cenach takich samych lub zbliżonych, jak w dwóch hotelowych barach.
O jedzeniu poza hotelem poniżej.
Laganas
Zwane inaczej pułapką na turystów, zasadniczo mogłoby się znajdować w dowolnym miejscu na świecie i w większości niejsc wyglądałoby tak samo. Dwie ulice na krzyż (zwane Main Road i Kalamaki Road), wszystkie zapchane barami pod Anglików i sklepami z pamiątkami Made in China. Nie warto łazić po tym miasteczku, chyba że w jakimś konkretnym celu. Greckości w samym Laganas nie uświadczysz, najbliżej trochę tego widać było dopiero w dzielnicy (miejscowości?) Vezal, w kierunku Agios Sostis (10 minut spaceru plażą lub 20 minut ulicami).
Menu większości restauracji skomponowane tak, by goście z Wielkiej Brytanii czuli się jak w domu (po co w takim razie z niego wyjeżdżają?, taka mała dygresja), z kilkoma chlubnymi wyjątkami, a jednym z nich była Panos & Kostas Taverna przy Kalamaki Road (naprzeciwko dość charakterystycznej indyjskiej restauracji Taj Mahal).
W Panos & Kostas Taverna (jak ją nazywaliśmy: u Kosty) jedliśmy w sumie cztery razy, za każdym razem było to (przynajmniej dla mnie) kulinarne przeżycie najwyższych lotów. Niezależnie od tego czy to była baranina Kleftiko, czy zwykłe souvlaki, było po prostu pyszne. Do tego butelka lokalnej Retsiny (z winiarni Callinico) i nie chce się wychodzić. Jeżeli chodzi o menu dla dzieci, to raczej należy unikać chicken nuggets — są tak dokładnie zmielone, że nie wiadomo, z czego są zrobione, polecić za to mogę spaghetti i pizzę. Jako ser podawany był lokalny odpowiednik parmezanu, o sporo łagodniejszym aromacie. Polecam również sałatki (z tuńczykiem, z kurczakiem i oczywiście choriatiki) z doskonałymi sosami jogurtowymi (podawane oddzielnie). Mały obiad (lub obfity lunch) na dwoje dorosłych i dziecko z napojami (lemoniada lub sok, butelka wina) to wydatek rzędu €25-30. Napiwek nie wliczony, oczywiście mile widziany, ale mało kto daje podczas lunchu. Ja nie miałem wątpliwości, czy dawać.
Jeżeli chodzi o inne restauracje i bary, to w porze lunchu lepiej zawsze sprawdzić, czy obowiązuje jeszcze menu śniadaniowe, czy już dzienne. W większości zmiana menu następuje około południa, ale lepiej zapytać, żeby nie musieć wychodzić (głodne kobiety są w stanie znieść śniadaniowe jedzienie o 13, ale żegnajcie doznania kulinarne...). Wielu właścicieli widząc potencjalnego klienta wychodziło przed bar i zachwalało swoje oferty twierdząc tradycyjnie, że ich kuchnia jest najbardziej grecka w Laganas, ale menu zasadniczo wszędzie było takie same (choriatiki, baranina Kleftiko, gulasz Stifado, souvlaki, musaka), ceny również.
Najlepszy sklep z pamiątkami jaki udało nam się znaleźć był przy skrzyżowaniu Kalamaki Road i Main Road, chociaż nie oferował niczego, czego nie dałoby się znaleźć gdzie indziej — był po prostu największy (wszystko pod jednym dachem). Przy Kalamaki Road był także sklepik (a może raczej stragan) z natural Greek products, ale rzeczywistość zdawała się nieco odbiegać od reklamy, wiele produktów miało nalepki Made in China, w sumie nic złego, ale pewien niesmak zostaje.
Poruszanie się po Laganas poza dwiema głównymi ulicami odbywa się głównie po jezdniach (chodniki służą do parkowania). Grecy jeżdżą po luzacku, więc lepiej mieć oczy naokoło głowy.
O atrakcjach wyspy ogólnie napiszę w następnym odcinku.
Zdaje się, że kryzys zbiera żniwo w turystyce — organizator naszego wyjazdu na Zakynthos odwołał imprezę, podobno z powodu zbyt małego zainteresowania. Trochę dziwne to, bo było naprawdę tanio i w świetnym miejscu, więc wydawało mi się, że przynajmniej takich problemów nie będzie. Jestem prawie załamany.
Gdy w końcu zdecydowaliśmy się nawiedzić rejon Morza Śródziemnego, świat pogrążył się w finansowym kryzysie, ale mimo to postanowienia nie zmieniliśmy. Wystrczyło obejrzeć kilka zdjęć, żeby przestać myśleć o pieniądzach, kursie €, urlopach i innych przyziemnych sprawach.
W maju wyjedziemy sobie na tydzień odetchnąć innym powietrzem na bajecznej wyspie Zakynthos. Termin został wybrany nieprzypadkowo — przed sezonem, ale w trakcie rozkręcania się. Już ciepło, ale jeszcze nie upalnie. I może nie będzie aż tyle komarów, choć podobno na to nie ma co liczyć. Nie obyło się bez nerwów i kilku kłótni, a na Zakynthos padło niemal przypadkiem po tym, jak nie znaleźliśmy satysfakcjonującej oferty na Rodos i na Krecie.
Od kilku dni nie mogę przestać o tym myśleć, śni mi się to po nocach i zwyczajnie nie mogę się doczekać... Kalamaki, here we come!
Zacząłem dzisiaj szkolenie praktyczne na prawo jazdy, mówiąc po ludzku: miałem pierwszą jazdę. Od kręcenia głową na łuku podczas jazdy tyłem boli mnie szyja i kark, ale w końcu doszedłem do niejakiej wprawy i udawało mi się zmieścić w cholerne słupki za każdym razem.
Nie wiem, ile czasu zajmie mi zdobywanie tego dokumentu, ale teraz już się nie wycofam.
Przed południem wybraliśmy się dzisiaj na konie i nie tylko. Niedaleko od Wołomina (12 kilometrów, niespełna 20 minut samochodem), pełna infrastruktura (i pyszny obiad), przyjazna atmosfera i atrakcje dla dzieci. Jak się okazało, właścicielem jest człowiek, z którym dawno temu wypiłem wiele szklanek piwa, ale nie widzieliśmy się przez kilkanaście lat.
Mieliśmy wrócić około 16, ale przeciągnęło się o parę godzin, bez najmniejszego żalu. Było fantastycznie. Obiecujemy sobie, że niedługo ponownie się tam wybierzemy. Szczególnie kusi możliwość przenocowania tam i poświęcenia dwóch dni na atrakcje. :)
Sobota na koniach
Podobno na Bałtyku szalał sztorm. Lelewizja o tym trąbiła. Ja zauważyłem tylko deszcz co chwilę i wiatr, który urywa głowy. Poza tym żadnych atrakcji. A ja myślałem, że sztorm to coś, co zapada w pamięć, jak halny w Tatrach.
Dziś znikam z horyzontu internetu na 10-11 dni — wyjeżdżamy nad morze i nie zamierzam tam niczego kombinować z dostępem do internetu, po prostu nie ma.
Wracamy 11 lub 12 sierpnia i liczę na to, że internet będzie tu jeszcze. ;)
Kupiliśmy dziś nasz pierwszy samochód. Dobiegając 40-tki, po ponad 10 latach życia po ślubie staliśmy się wreszcie właścicielami własnego pojazdu. W wielkim stresie (pomimo dokładnego sprawdzenia przez osoby postronne) kupiliśmy dzisiaj przyzwoicie wyposażonego Forda Escorta 1.6 16v kombi z 2000 roku, ze 166 000 kilometrów. Do domu dojechał i nawet wszystko, co miało działać (klimatyzacja, yay!) działało. Teraz co paręnaście minut latamy do okna w kuchni, żeby sobie na niego popatrzeć. I w sumie pomimo tego, że nie jest mały, to na naszym parkingu przed blokiem wśród Fordów Mondeo, Opli Omega i Toyot Avensis wygląda bardzo pchełkowato. Ale zmieścimy się w nim, i jeszcze przez parę lat będzie nam w nim wygodnie.
Jutro mam sprawdzić w serwisie, kiedy było wymieniane coś, co się nazywa pasek rozrządu (brzmi poważnie, ale mam pewne wątpliwości) i jaki lano do niego do tej pory olej. A w sobotę wybywamy na wioskę.
Złożyłem szafę. Cały weekend szarpaniny ale półtorametrowa szafa wreszcie stoi. Bolą mnie ręce i nogi, ale cieszę się, że nie będę musiał tego już robić na urlopie. Będę za to musiał robić inne rzeczy, bo wraz z szafą przyjechała prawie 50 kilogramowa komoda...
Na szczęście wpadłem wczoraj na szatański pomysł i kupiłem sobie jakąś wkrętarkę. Bez tego pewnie odpadłyby mi ręce od wkręcania śrub.
No, nie takim znowu pięknym, przypomina raczej Piotrków Trybunalski... Ale Piotrków też pewnie ma swoich amatorów.
Najpierw godzina samolotem z Warszawy do Budapesztu, potem 2 godziny czekania na samochód w hali przylotów lotniska Ferihegy 2A, a potem jeszcze dwie godziny samochodem z Budapesztu do Debreczyna (mają autostrady... zazdrość!). Jestem półżywy. A jutro szykuje się nieprzyjemne spotkanie z klientami. Mam nadzieję, że mnie nie zjedzą, ale może być różnie...
Dopiero wyjazdy na kilka dni uświadamiają mi, jak bardzo tęsknię za Kasią i ZIZ. Gdy jestem w domu, to z niecierpliwością czekam na każdą godzinę-półtorej, kiedy zostawią mnie samego i będę mógł sobie trochę pokodować, ale gdy wyjadę na dłużej, to mi ich brakuje. Bardzo.
Zaczyna się od zwolnienia. W sobotę straciłem całkowicie głos i ledwie byłem w stanie oddychać. Jakoś przecierpiałem do poniedziałku i nie omieszkałem wziąć sobie kilku dni zwolnienia. Praca nie dała od siebie odpocząć za bardzo, ale może dam radę napisać kilka linijek kodu dla siebie.
Kiedyś było to dla mnie dość normalne... Czyżby dopadała mnie nostalgia za kawalerskimi czasami? ;)
Wygląd tego wpisu przekonuje mnie, że czym prędzej muszę się rozejrzeć za jeszcze szerszym szablonem, bo mi sie stripy z XKCD nie mieszczą...
Moja córka Zofia (niegdyś znana jako ZIZ, obecnie lat około 3,5) nauczyła się pisać. Umie już napisać MAMA, TATA, LATO i LALA. Przymierza się już do pisania książek.
Jeszcze się nie zdecydowałem, ale moim następnym nabytkiem w dziedzinie aparatów fotograficznych będzie produkt firmy Canon: albo G9, albo S5 IS. Jeszcze się tylko muszę z żoną skonsultować, czy dobry kompakt, czy może superzoom...
Moja córka ma 3 lata (no, prawie 3 i pół). Jak każde dziecko lubi, żeby jej opowiadać bajki. Kilka dni temu nieopatrznie zagaiłem, że mógłbym jej opowiedzieć historię o tym, jak niania Ogg i babcia Weatherwax pojechały do Ankh Morpork zwerbować trzecią czarownicę do zespołu... No i zaczęło się. Wczoraj musiałem opowiadać o upiorze w gmachu opery. Dzisiaj chciała, żebym opowiedział, jak doszło do tego, że w Ankh Morpork zjawił się Enrico Basilica. Mam tych opowieści jeszcze na dwa wieczory, a potem będę musiał kupić kolejne książki Pratchetta, żeby znowu mieć, co opowiadać.
Dla miłośników konkursów pytanie: z jakiej powieści opowiadam teraz historie? A dla miłośników głosowań kolejne: którą książkę Pratchetta mam przeczytać jako następną?
Ładna pogoda wypchnęła nas na godzinkę do lasu w Klembowie, w okolice, gdzie od kilku tygodni próbujemy kupić działkę pod nasz przyszły (_potencjalny_ też dobrze brzmi) dom. Oczywiście, komary. Oczywiście, tłum grzybiarzy, pomimo późnej już (przynajmniej jak na zbieranie grzybów) pory. Ale przede wszystkim komary, a do tego kilka grzybów, ledwo widocznych spoza chmar komarów. Nie będziemy próbować kupić działki w bezpośredniej bliskości lasu, jakkolwiek fajnie byłoby mieć drzwi do lasu — nie odpowiada mi jednak życie w chmurze komarów.
Córka była szczęśliwa, żona była zadowolona, znaczy — warto było. Pomimo tego, że po sobotnim kieracie pragnąłem tylko siedzieć z wyciągniętymi nogami.
Oglądanie kolejnych czterech działek-kandydatek zostawiliśmy sobie na popołudnie. Może uda się znaleźć z godzinkę, żeby wsiąść na rower i zbadać sytuację w okolicach Dobczyna.
Trochę nakręcony przez żonę, a trochę z powodu wściekłości na ciasnotę naszego obecnego lokum, zacząłem kilka miesięcy temu rozglądać się za jakąś ładną, dużą i tanią działką budowlaną w okolicach naszego Wołomina. Początkowo liczyłem się z wydatkiem rzędu 130.000 złotych, ale doznałem bardzo bolesnego zderzenia z rzeczywistością i musiałem podnieść tę kwotę do 200.000, żeby spełnić przynajmniej dwa z trzech wspomnianych wcześniej warunków. To, co prawda, nie stawia pod znakiem zapytania całej inwestycji, a jedynie przesuwa ją w czasie o kilka lat — spłacenie takiego kredytu zajmie trochę więcej czasu, ot, ze trzy, cztery lata... Biorąc pod uwagę, że i tak nie zacznę budować domu przed 40-tką, to niewielkie opóźnienie. I tak skończę będąc już zbyt starym, by organizować tam dzikie melanże, prawdopodobnie poprzestaniemy na garden parties w gronie podobnych nam tetryków.
Problem zaczął się, kiedy pojawiły się pierwsze działki do obejrzenia — trzeba rzucić wszystko, żeby obejrzeć, co pani agenta znajdzie, a tu jeszcze koleżanka małżonka mówi, że jej nie pasuje. Gdybyśmy jeszcze mieli samochód, to moglibyśmy się umawiać na oglądanie wtedy, kiedy nam wygodnie, a nie wtedy, kiedy możemy zostać zawiezieni przez panią agentę. Sam nie pojadę, razem nie pojedziemy, ktoś jednak musi, a w końcu i tak muszą wszyscy. Ale to był mały pikuś.
Duży pikuś pojawił się wtedy, gdy koleżanka małżonka zobaczyła koszty kredytu. Niby wcale nie tak wiele, biorąc pod uwagę, ile zarabiamy i ile wydajemy, ale kwota sama w sobie robi wrażenie. No i zrobiła na małżonce. Zrobiła wrażenie takie, że kobieta uznała, że nas nie stać (pomimo tego, że stać nas bez specjalnych wyrzeczeń).
Uda się? Nie uda? Się zobaczy.