Kto pamięta?

Ja pamiętam. Pamiętam doskonale, jakie wrażenie zrobiła na mnie ta reklama, choć pojawiała się w tv naprawdę bardzo krótko.

Drogi panie burmistrzu...

(fot: wikimedia)

Nie może mi pan zabronić umieszczenia herbu Wołomina na mojej stronie. Pańskim pożal-się-Boże prawnikom polecam zapoznanie się z pojęciem "fair use".

Kierunek - Kreta

Długi (wreszcie!) wyjazd wakacyjny tego roku urządzamy sobie pod koniec lipca na Kretę — do miejscowości Agia Marina, w okolicy Chanii. 2 tygodnie na plaży to jest to, czego potrzebuję.

Przy okazji rezerwowania tej wycieczki, a trwało to dłużej niż zwykle, mogłem sobie ocenić, czy opłaca nam się polować na tzw. last minute. Miejska legenda głosi, że w ten sposób można trafić za bezcen (a przynajmniej pół darmo) dobre oferty, które nie sprzedały się w normalnych terminach. Miałem możliwość popróbować szczęścia (bez rezerwowania wycieczki, just for fun).

Przede wszystkim, mitem jest jakoby oferty last minute, a nawet super-hiper last minute były za bezcen. Nie są nawet za pół darmo, ani nawet za pół ceny. Większość ofert była przeceniona o ok. 20%, przy czym im oferta tańsza, tym mniej — np. 25% to obniżka z ~4 tys. zł do ~3 tys. zł. Oferty z ceną wyjściową ~2,5 tys. zł były przeceniane do 2 tys. zł, czyli już tylko o 20%. I nie była to obniżka jednorazowa — na miesiąc przed terminem wyjazdu oferta stawała się last minute z ceną obniżoną o ok. 10%, a dopiero na tydzień przed wyjazdem cena dobijała do ostatecznej lub... imprezę odwoływano.

Nie twierdzę że nie ma — mnie się nie chciało aż tak polować, żeby upolować (bo i tak bym nie skorzystał).

Kto mnie dziś próbował zabić

Dziś jeszcze nikt. Może dlatego, że ogólnie rano ruch na ulicach Warszawy był raczej nieporażąjący intensywnością — z Bródna do Promenady na Ostrobramską (przez Ząbki i Chełmżyńską) udało mi się przejechać w około pół godziny, to wynik lepszy od przeciętnego o jakieś 15 minut. Oczywiście, paru idiotów po drodze spotkałem, ale nie zagrozili bezpośrednio mojemu bezpieczeństwu. Niestety, zagrozili bezpieczeństwu innych.

Bazyliańska

Na ulicy Bazyliańskiej w kierunku skrzyżowania z Wysockiego ruch w każdą stronę odbywa się po jednym pasie, a przestrzeń między kierunkami ruchu jest w zależności od miejsca albo pasem do skrętu w lewo, albo pasem rozbiegowym po skręcie w lewo w Bazyliańską, albo obszarem wyłączonym z ruchu. Nie brakuje jednak wsioków (przede wszystkim repów w Focusach i Astrach, ale i różni cywilni nie są lepsi), którzy z tej części ulicy robią sobie "lewy pas". I jadą, nie zważając po kolei na:

  • nakaz skrętu z pasa w lewo
  • to, że pas jest pasem do ruchu w kierunku przeciwnym
  • to, że powierzchnia jest wyłączona z ruchu
  • to, że ponownie pas jest pasem do ruchu w kierunku przeciwnym
  • i ponownie nakaz skrętu z pasa w lewo

Cały ten koncert buractwa kończy się koniecznością objechania wysepki przejścia dla pieszych, oczywiście jadąc pod prąd pasem dla ruchu w kierunku skrzyżowania z Rembielińską. Potem wystarczy już tylko wjechać na pas przeznaczony do skrętu w lewo w Wysockiego i... skręcić z niego w prawo.

Chełmżyńska

Przejazd kolejowy na Chełmżyńskiej to według mnie jedno z bardziej niebezpiecznych miejsc tego rodzaju w Warszawie. I nie ma wielkiego znaczenia to, że jest to przejazd strzeżony, z pełnymi zaporami opuszczanymi przy dozorze człowieka w budce obok zapór. Ruch na szlaku kolejowym między Rembertowem a stacją Warszawa Wschodnia jest bardzo intensywny i zawsze tworzą sie tam wielkie zatory, które skutkują kilkunasto- lub nawet kilkudziesięciominutowymi przestojami. A teraz trochę opisu słowno-muzycznego tego chorego miejsca (patrząc od strony Kawęczyna):

  • tuż przed przejazdem (dosłownie 3-4 metry przed zaporami!) jest przelotowe skrzyżowanie z ulicą Strażacką, na którą jest kierowany tranzyt samochodów ciężarowych w kierunku Lublina, a ze Strażackiej wyjeżdżają śmieciarki ze spalarni oraz kurierzy kilku firm, które mieszczą się w okolicy
  • tuż za przejazdem (w podobnej odległości od zapór!) jest skrzyżowanie z ulicą Chłopickiego, którą prowadzi skrót do placu Szembeka
  • na Chełmżyńskiej w kierunku Kawęczyna jest zakaz skrętu w lewo w Strażacką (tuż za przejazdem), ale nie ma zakazu skrętu w lewo z Chełmżyńskiej w Strażacką w kierunku przeciwnym (Marsa)

A jak to wygląda na żywo?

  • w kierunku Marsa przed przejazdem ciężarówki albo blokują przejazd przez tory czekając na możliwość skrętu w lewo w Strażacką, albo wymuszają pierwszeństwo przejazdu, blokując na torach pojazdy jadące w kierunku Kawęczyna
  • w kierunku Marsa za przejazdem skręcający z Chłopickiego w lewo w Chełmżyńską wymuszają pierwszeństwo przejazdu, blokując na torach pojazdy jadące w kiedunku Marsa
  • w kierunku Kawęczyna za przejazdem zawsze znajdzie się jakaś ciota, która pomimo zakazu zapragnie skręcić w lewo w Strażacką, blokując na torach pojazdy jadące za nią

Gwoli przypomnienia, cały ten cyrk odbywa się na przejeździe kolejowym, na szlaku, na którym pociąg przejeżdża przeciętnie co 2-3 minuty. Dróżnik może opóźnić zamykanie zapór, żeby umożliwić zjechanie z przjazdu, ale to zjechanie musi być możliwe — czyli skrzyżowanie po drugiej stronie przejazdu nie może być zablokowane. Jak na moje oko to jest tu trochę za dużo wymagań do spełnienia jednocześnie, by można było mówić o bezpiecznym przejechaniu przez ten przejazd (i 2 skrzyżowania!).

Ogólnie najwięcej zamieszania w tym rejonie wprowadziło otwarcie przejazdu ulicą Strażacką w kierunku Targówka Przemysłowego, przedtem ruch na skrzyżowaniu Chełmżyńskiej i Strażackiej był mizerny i raczej dotyczył skręcania ze Strażackiej w Chełmżyńską. Teraz codziennie jest tam straszliwy sajgon, a sytuacja chyba ma szansę poprawić się dopiero wtedy, gdy dojdzie tam do jakiegoś tragicznego wypadku.

I co dalej? Gdzie jest Policja?

Takich miejsc w Warszawie (i w każdym innym mieście) na pewno jest o wiele, wiele więcej. Każde z nich jest potencjalnie niebezpieczne, ale nie tak niebezpieczne, jak to niebezpieczne są skrzyżowania, na których nalezy przecież zachować wzmożoną ostrożność. Te miejsca są śmiertelnie niebezpieczne i tym bardziej dziwi mnie nieobecność Policji w tych okolicach. W ten właśnie sposób Policja zamiast być elementem systemu poprawy bezpieczeństwa na drogach, staje się czynnikiem zwielokrotniającym niebezpieczeństwo.

Cena Czyni Cuda

Ostatni samochód kupiłem raptem 3 miesiące temu, teraz co i raz spoglądam na rynek używanych samochodów, bo co chwilę w rodzinie pojawia się pomysł zakupienia drugiego auta. Za każdym razem, gdy mam styczność ze sprzedającymi i kupującymi auta używane zastanawiam się poważnie nad stanem ducha, w jaki wpada człowiek, gdy kupuje samochód...

Pamiętam dość dokładnie, jak się czułem w grudniu, gdy przymierzałem się i kupowałem V40. Oczywiście, byłem podjarany, pewnie że tak. Przed wykonywaniem dziwnych ruchów powstrzymał mnie plan, który sobie przygotowałem i wszystko mogło się zawalić, ale miałem się go trzymać choćby nie wiem co:

  • obejrzeć dokładnie czy nie krzywy i nie kameleon
  • pomacać wykrywaczem szpachli w newralgicznych miejscach (słupki, progi, dach)
  • ocenić stan wyposażenia, co działa a co nie
  • przejechać się i posłuchać pracy silnika oraz zawieszenia
  • zrobić przegląd w warsztacie, który zna się na tej marce

Nic nadzwyczajnego. Wydaje mi się, że każdy kto kupuje samochód droższy niż 8-9 tys. zł nie opuszcza żadnego z tych punktów (kto kupuje tańszy zwykle ostatni albo odpuszcza, albo tylko podjeżdża na diagnostykę do SKP).

Udało się, kupiłem, pomimo że do deklarowanego przez sprzedawcę stanu było mu daleko, to jestem z niego zadowolony. Żona zarzuciła mi, że byłem zaślepiony, ponieważ brakowało niektórych dokumentów, ale moim zdaniem podjąłem świadomą decyzję, żeby to auto kupić, pomimo tych braków. Wszystko załatwiłem, ale co się w domu nasłuchałem, to moje.

A teraz co widzę? Często mam styczność z ludźmi, którzy chcą kupić S/V40: "V40 po lifcie, diesel 116KM, bezwypadkowy, dobrze wyposażony, z małym przebiegiem". I co? W momencie zobaczenia jakiejś oferty zmienia się to w "V40 po lifcie, diesel 116KM, dobrze wyposażony, tani, z niskim stanem licznika". Bezwypadkowy? Z potwierdzonym, małym przebiegiem? W potwierdzonym, dobrym stanie technicznym? I skąd nagle wzięło się to "tani", skoro kupujący jeszcze przed chwilą deklarował, że jest gotów zapłacić więcej, żeby mieć pewność co do stanu i przeszłości auta?

Ano właśnie. Moja teoria jest taka, że dopóki rozpatruje się abstrakcyjne modele, to wiadomo ile jest do wydania i na tym kończy się myślenie o pieniądzach, na zasadzie "mam 30 tys. zł, więc kupię auto za 27 tys. zł, reszta pójdzie na pierwszy serwis po zakupie". Człowiek wie, że samochód będzie miał tyle a tyle lat i będzie takiej a takiej klasy. Potem jednak pojawiają się konkretne oferty z konkretnymi cenami, zazwyczaj wiele sporo tańszych i tylko kilka w spodziewanej cenie. Co te samochody są takie tanie? Są tanie, bo nie spełniają warunków, jakie początkowo stawiają im kupujący. A dlaczego jest ich tyle? Bo ostatecznie i tak je kupują. Cena Czyni Cuda. Pół biedy, jak kupują taniej to, co chcieli, ale gorzej, gdy kupują coś, czego by nie kupili, gdyby nie kusząco niska cena (na zasadzie: "szukam VW Passata, ale trafiło mi się okazyjne Audi A6").

Rezultaty efektu CCC widać na różnych forach — co i rusz pojawiają się użytkownicy psioczący na wysoką awaryjność czy koszty utrzymania samochodu danej marki czy modelu. Znacie to? Pewnie, że znacie, żaden model nie jest na to odporny. Peugeoty i Citroeny się sypią bo są francuskie, Audi się sypią bo Audi oszczędza na materiałach, VW się sypią bo to gorsze Audi, Fordy się sypią bo to Fordy, Ople się sypią bo Niemcy się nie przykładają, Fiaty się sypią bo włoskie nie mogą się nie sypać i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Zwykle taki użytkownik za chwilę dostaje bana na forum, ale trochę krwi napsuje. A prawda jest taka, że kupił zajeżdżonego sztrucla z licznikiem przekręconym o 300 tys. km.

Nie dając się zwieść cenie nie kupi się szybko, ani nie kupi się bardzo tanio. Wiedząc ile auto powinno kosztować, odsiewa się 65-75% wszystkich ofert na zasadzie "tanie mięso psy jedzą" — tani samochód jest tani nie bez powodu, a sprzedający bardzo chciałby, żeby kupujący uwierzył, że powodem niskiej ceny jest np. pośpiech, czy coś innego, trzeciorzędnego wobec stanu auta. To nie znaczy, że nie można okazyjnie i tanio kupić — ale natura okazji jest taka, że jest ona czymś rzadkim, niespotykanym na co dzień, czymś co trzeba umieć ocenić, albo ponieść ryzyko. W każdej innej dziedzinie życia nie jest tak, że okazje stanowią 3/4 całej oferty rynkowej, jest ich może 10%, może 15%. A pięć okazyjnych Audi A3 z 2002 roku w cenie 18 tys. zł jeden obok drugiego? Przepraszam, to trochę za dużo jak dla mnie...

Diesel czy benzyna?

No właśnie, co wybrać? Diesel czy benzyna? I jedno i drugie kusi, a zwycięzca, jak w każdej rywalizacji (tu: o względy nabywcy), może być tylko jeden. Ja z uporem i systematycznie wybieram benzynę, choć nie w każdym przypadku — o tym może w innej opowieści. Ale najpierw trochę rozważań dla wyjaśnienia ewentualnych wątpliwości.

ON jest tańszy, wygrywa diesel!

Olej napędowy w kraju nad Wisłą rzeczywiście jest tańszy, czasem nawet znacząco. Że nie wszędzie panuje taka reguła mogą się przekonać ci, którzy zwiedzają inne kraje Europy: w Grecji różnica w cenie 1 litra paliwa wynosi 3-5 centów (np. w 2009 roku na Kos: benzyna EuroSuper €1.08/l, ON €1.05/l), a w Szwajcarii ON jest wręcz droższy od benzyny. Dlaczego, czyżby wytwarzanie oleju napędowego w tych krajach było droższe niż w Polsce? Oczywiście że nie, zastosowanie tej samej technologii daje podobny stosunek kosztów niezależnie od tego, gdzie jest ona używana. W każdym europejskim kraju najważniejszym czynnikiem kształtującym cenę paliwa są podatki nakładane przez państwo — przede wszystkim akcyzowy, ale także drogowy, ekologiczny i jakie sobie tylko rząd jest w stanie wymyślić (a inwencja rządów w tej dziedzinie nie ma granic, chyba każdy przyzna mi tu rację). To, że w Polsce ON jest tańszy np. o 20% od benzyny jest wynikiem tylko i wyłącznie tego, jakimi podatkami rząd okłada poszczególne rodzaje paliw. Silne lobby (transportowe, rolnicze, przemysłowe, itd.) w naszym kraju wymogło obłożenie ON niższym podatkiem akcyzowym, niż benzyny. A skoro ta różnica wynika tylko z decyzji administracyjnych, to nie można zakładać, że będzie trwała wiecznie — rząd zabiera mniej użytkownikom pojazdów napędzanych olejem napędowym, ale w każdej chwili może zmienić zdanie i eldorado się skończy.

Pozostaje jeszcze kwestia sezonowych wahań cen ON, rzeczy praktycznie nieznanej w przypadku benzyny. Jesienią i zimą cena oleju rośnie, po czym wiosną ponownie nieco spada, a rośnie tym bardziej, im niższe panują temperatury. Wynika to z faktu, że olej opałowy tak naprawdę to olej napędowy obłożony inną stawką akcyzy i dla odróżnienia barwiony na inny kolor. Latem większy udział paliwa z produkcji rafinerii jest sprzedawane jako olej napędowy, a jesienią i zimą jako opałowy. Ta akurat różnica nie jest spowodowana ingerencją państwa, ale zwykłym prawem podaży i popytu — malejąca podaż powoduje wzrost cen. Że nie są to groszowe sprawy mogą świadczyć pojedyncze przypadki, kiedy cena litra ON dorównała lub przekroczyła cenę litra benzyny.

Auto z silnikiem diesla pali mniej, wygrywa diesel!

Oczywista racja, z powodu wyższej sprawności silnika z zapłonem samoczynnym jego zapotrzebowanie na paliwo rzeczywiście jest mniejsze. Na ile mniejsze? Producenci aut prześcigają się w deklaracjach, jak to mały apetyt mają ich auta, podając czasem zawrotne wartości 4-4.5 l/100km dla silników 1.6 z wtryskiem w technologii Common Rail. W porównaniu do średnich 6-6.5 l/100km dla odpowiadających im silników benzynowych 1.6 16v DOHC z systemami zmiennych faz rozrządu to rzeczywiście mniej. Pamiętać jednak trzeba, że testy nie są przeznaczone do informowania o rzeczywistym zużyciu paliwa, a ich zadaniem jest umożliwienie porównania. Mając to na uwadze nie można powiedzieć, że silnik benzynowy o mocy ok. 115PS i pojemności 1.6 zużywa 2 litry paliwa więcej na 100km niż silnik wysokoprężny z CR o pojemności 1.6 i mocy ok. 105PS, a jedynie że takie wyniki zostały osiągnięte w warunkach laboratoryjnych. Dla naszego szarego życia w szarej rzeczywistości wynika z tego jedynie, że silnik wysokoprężny będzie zużywał mniej paliwa — a pytanie "ile mniej?" nadal pozostaje bez odpowiedzi.

Czas sięgnąć po dane z obserwacji. Różne serwisy prowadzą "dzienniki kosztów", z których można coś wywnioskować. Wynika z nich, że w normalnych warunkach różnice są mniejsze, niż podają producenci, a w skrajnych przypadkach w ogóle znikają! Co to są za przypadki? Ano, przypadki ciekawe:

  • pojazdy użytkowane wyłącznie w mieście;
  • pojazdy użytkowane na krótkich trasach, na tyle krótkich, że silnik nie zdąża rozgrzać się do swojej optymalnej temperatury pracy;
  • pojazdy użytkowane mało (na potrzeby tego artykułu można przyjąć, że jest to poniżej 20km dziennie).

Komu więc nie będzie się opłacał diesel? Taksówkarzom, ludziom, którzy wykorzystują auto wyłącznie do dojeżdżania do pracy na dystansie 3-4km i ludziom, którzy częściej auto myją, niż nim jeżdżą. A komu będzie się opłacał? Przedstawicielom handlowym i policji autostradowej.

Zespół napędowy, proste vs. skomplikowane, wygrywa benzyna!

Wspominałem już o tym przy okazji mojego wydziwiania nad silnikiem VAG 1.2 TSI — zespół napędowy w autach z nowoczesnym dieslem jest niezwykle skomplikowany, a więc również kosztowny w przypadku awarii. Zarówno wtrysk Common Rail, jak i pompowtryskiwacze (Pumpe Düse) to arcydzieła inżynieryjne, tak skomplikowane rzeczy po prostu muszą dużo kosztować. To, że wymagają dodatkowo paliwa o ściśle określonych parametrach wydaje się oczywiste, ale dodatkowo oznacza też, że każde odstępstwo od tych parametrów może skończyć się poważną awarią tych skomplikowanych i czułych elementów. O tym, że niektórym producentom (właściwie to jednemu czy dwóm...) udało się skonstruować silniki, które mają większy margines dopuszczalnych wartości parametrów zwanych potocznie jakością paliwa świadczy tylko o tym, jak bardzo skomplikowane są urządzenia wtryskowe w silnikach diesla.

Silnik wysokoprężny niemal zawsze obecnie jest wyposażony w turbosprężarkę, dającą mu dodatkowo wysoką elastyczność w szerokim zakresie prędkości obrotowych. Turbosprężarka (zwana potocznie turbiną, choć turbina to tylko jedna z jej części) to urządzenie z powodzeniem stosowane od ponad pół wieku w różnych silnikach, więc i konstrukcję ma zwykle dopracowaną w najmniejszym szczególe. Co nie znaczy, że nie można jej zepsuć. Użytkownicy silników 1.9 dCi z Renaultów, Nissanów czy Volvo aż za dobrze wiedzą, że można — ale ich przypadek jest szczególny, więc nas nie interesuje. Każdą turbinę można zniszczyć w ten sam sposób, obojętne czy silnik ma wtrysk CR czy PD (czy wręcz jest zasilany pompą rotacyjną). Ba, tyczy się to również turbodoładowanych silników benzynowych! Turbina wymaga szczególnego obchodzenia się z nią, a wynika to ze szczególnych warunków jej pracy — z tego, że jest napędzana gorącymi gazami spalinowymi. Jest kolejnym elementem, który wymaga chłodzenia i trzeba pamiętać o tym, żeby to chłodzenie jej zapewnić. Czyli: nie piłować silnika zanim się nie rozgrzeje i nie wyłączać go natychmiast po ostrej jeździe (wyłączenie silnika wyłącza obieg cieczy w układzie chłodzenia...).

No i ostatni element tej układanki skomplikowanych elementów — dwumasowe koło zamachowe w układzie sprzęgła. W skrócie chodzi o to, żeby nie przenosić wielkich obciążeń bezpośrednio z wału napędowego do układu jezdnego — te wszystkie szarpnięcia zmianami momentu obrotowego jakoś muszą zostać zamortyzowane, żeby nie dotarły do osi napędowej. Tym, co odpowiada za tę amortyzację jest właśnie koło dwumasowe, potocznie zwane dwumasem. W porównaniu do zwykłego koła zamachowego jest dużo bardziej skomplikowane, ale także jest narażone na dużo większe obciążenia. I niestety, żadnemu z producentów nie udało się skonstruować takiego koła dwumasowego, które byłoby trwałe i tanie. Mało tego, żadnemu nie udało się skonstruować takiego, które byłoby trwałe lub tanie — wszystkie są nietrwałe i drogie. Koszt wymiany przekracza zawsze 2 tys. zł, może być jedynie dużo więcej niż 2000 lub niedużo więcej niż 2000... Pewnym rozwiązaniem może być montaż zestawu 4P firmy Valeo, który zastępuje koło dwumasowe (i przez to jest tańszy), jednak nie do każdego modelu jest on dostępny.

Żeby nie było, że coś przemilczam, w niektórych modelach aut z silnikiem benzynowym również są montowane dwumasy — np. w poliftowych Volvo S/V40 (wszystkie poza silnikiem 1.6). Jednakowoż przypadki jego uszkodzenia są sporadyczne, a jest to związane z dużo mniejszymi przeciążeniami na wale napędowym. Niestety, ich koszt, przynajmniej w przypadku S/V40, jest dużo wyższy, niż do diesli...

To co ja mam wybrać?!

Ja Ci tego nie powiem (zajrzyj np. do Tylika: tu, tu i tu)... Zastanów się, na ile niższy koszt paliwa będzie w stanie zrekompensować Ci wyższy koszt serwisowania auta. Wyliczenie takie będzie dość proste przy nowym samochodzie, a używane będzie wymagało dokładniejszego sprawdzenia, czy wspomniane wysokoczułe elementy są w pełni sprawne (a i tak nie będzie gwarancji, czy nie padną w miesiąc po zakupie). Moje zdanie jest takie: do miasta lub przy przebiegach rocznych mniejszych niż 40 tys. km - benzyna, jeżeli w dłuższe trasy i na duże przebiegi - benzyna z gazem lub diesel.

A teraz pozostaje już tylko dokonać wyboru modelu i przeprowadzić udaną transakcję kupna, ale to już w innej opowieści...

Każdy kolejny dzień...

...kiedy muszę pojechać do pracy komunikacją publiczną przekonuje mnie o tym, że przesiadka do samochodu (i nieużywanie komunikacji publicznej) jest najlepszą rzeczą, jaką zrobiłem w tym roku. A bardzo możliwe, że ogóle w moim prywatnym (pozarodzinnym i pozazawodowym) życiu. Syf, ścisk, brak punktualności i rzadkie kursowanie. Z każdą z tych rzeczy można coś zrobić żeby poprawić stan publicznej komunikacji w Warszawie, ale najwyraźniej decydenci mają to w dupie — lepiej jest utrudnić kierowcom prywatnych samochodów życie do tego stopnia, by przesiadka do śmierdzących, zatłoczonych i wiecznie spóźnionych autobusów okazała się mniejszym złem (od: stania w korkach, braku miejsca do zaparkowania auta, wysokim opłatom parkingowym, itd.).

To jest szantaż. I ja mu nie ulegnę.

Chcieli dobrze, wyszło jak zwykle

Pozwolę sobie trochę ponarzekać. Nie będzie to takie narzekanie, jak mojego sąsiada, osiadłego w Polsce Bułgara, chociaż temat ten sam — polskie drogi.

Przejechałem się dzisiaj w te i nazad do Warki. Droga do tej pięknej położonej malowniczo nad Pilicą miejscowości jest zasadniczo dobra: najpierw kawałek dwójką, potem siedemnastką, potem pięćdziesiątką i pod koniec kawałek jakąś drogą wojewódzką. Wiadomo, jak się jeździ — tak, żeby było szybko i bezpiecznie. Akurat tę trasę pokonuje się bardzo przyjemnie, ale tylko do momentu... skrzyżowania! Nie wiadomo jaka mądra głowa wpadła na pomysł, żeby np. skrzyżowanie dróg nr 17 i 50 zrobić w postaci ronda (i pozostałe z rozpędu też). Jak wiadomo, rondo służy poprawie bezpieczeństwa i płynności ruchu, ale nie wtedy, gdy na krzyżujących się drogach natężenie jest takie samo, a ruch odbywa się głównie na wprost. Wpływ na bezpieczeństwo jest taki, że objeżdżając wyspę trzeba odpowiednio zredukować prędkość, przez co ewentualne kolizje są mniej groźne w skutkach.

A jak to wygląda na tych kilku rondach na tej trasie? Dla ustalenia uwagi weźmiemy sobie wspomniane wcześniej rondo w miejscowości Kołbiel, na skrzyżowaniu dróg krajowych 17 i 50, ale pozostałe na tej trasie (czyli w sumie wszystkie skrzyżowania dróg krajowych i wojewódzkich!) prezentują się tak samo. Droga krajowa nr 17 to główna trasa z Warszawy na Ukrainę przez przejście w Hrebennem, a DK 50 to trochę dziwna droga łącząca m.in. wschodni odcinek DK 8/S8 (czyli szlaku na Litwę i Białoruś) z południową częścią DK 7/S7 (szlaku północ–południe). Ruch na tych obu trasach jest bardzo duży, a ciężarówki ciągną się tam długimi kolumnami. Przed tym rondem we wszystkich kierunkach korek zaczyna się 1.5-2km wcześniej. Tempo jest ślimacze, ponieważ ruszenie wielką, kilkudziesięciotonową ciężarówką wymaga nieco więcej czasu, niż ważącym niecałe 1.2t samochodem osobowym — zanim kierowca takiego wielkiego camiona wepchnie go na to rondo, mija ze 20 sekund (w tym czasie ze 2 samochody osobowe zdążyłyby wjechać i zjechać). I dlatego stoją wszyscy po równo. I nie ma litości dla tych, którzy tylko skręcają w prawo.

O ile ronda sprawdzają się doskonale na drogach o mniejszym natężeniu ruchu (jak np. doskonale wymyślone i zrobione rondo w Zielonce na skrzyżowaniu DW 637 i 634), to przy takim ruchu jak w Kołbieli są po prostu wąskimi gardłami. No, ale ronda są w modzie i przecież podnoszą bezpieczeństwo.

Już mogę płacić haracze

Załatwiłem ostatnią sprawę, związaną z rejestrowaniem działalności gospodarczej. Po 27 dniach od złożenia wniosku o wpis do ewidencji mogę wreszcie w majestacie prawa płacić haracz okupantowi.

Walka z okupantem

...powoli zbliża się ku końcowi. Jeszcze jedna wizyta z deklaracją ZIPA w Zakładzie Utylizacji Staruszków (powiedzenie kolegi Lodka) i pozostanie mi jedynie comiesięczne opłacanie haraczy.

Naprawdę ulżyło mi, jak kobieta w Urzędzie Skarbowym powiedziała dziękuję, to już wszystko.

Gehenna zdąża ku końcowi

Dziś, 22 kwietnia 2009 dostałem wreszcie mój REGON. Po 3 (trzech!) tygodniach mogę zacząć normalną działalność gospodarczą. W stosunku to gorszej przeszłości jest to zysk na poziomie -14 dni (minus czternastu), co oznacza 14 dni straty.

Lepsze jutro było wczoraj.

Drogi krzyżowej przedsiębiorcy ciąg dalszy

Dziś nie wytrzymałem i zadzwoniłem do Urzędu Statystycznego w Warszawie dowiedzieć się, co się dzieje z moim numerem REGON (dla ustalenia uwagi: wniosek o wpis złożyłem 1 kwietnia, wpis odebrałem 8 kwietnia). Jak się okazuje, mój numer wypłynął z US 15 kwietnia zwykłą pocztą i do 20 kwietnia nie był w stanie pokonać 25 kilometrów do Wołomina.

Ale przynajmniej wiem, że istnieje...

To zaczyna być gehenna

Odebrałem dziś wpis do ewidencji działalności gospodarczej. Na moje pytanie o REGON pani w magistracie wzruszyła ramionami: "pewnie po świętach". OK. Dam radę prowadzić działalność gospodarczą przez 2-3 tygodnie bez REGON, chociaż raczej będzie to udawanie działalności.

W związku z tym, że nie mam REGON, odpadły mi odwiedziny w banku (na razie — bo przecież i tak będę musiał tam pójść). Podreptałem grzecznie do ZUS, a tam... Szkoda słów. Po pół godzinie czekania olałem sprawę i postanowiłem poprosić księgową o załatwienie tego za mnie, nawet za dodatkową opłatą. Ale rozmowa z księgową wyprowadziła mnie z iluzji — nawet z jej pomocą nie ominie mnie łażenie po urzędach.

Odechciewa mi się. Wszystko w lesie, choć trwa to już ponad tydzień, a miało być tak pięknie, jedno okienko i w'adza przyjazna przedsiębiorcy. Jak zwykle PO łże jak pies.

Jedno okienko, wciąż tylko jedno

Ciąg dalszy przejść, związanych z rejestracją działalności gospodarczej w tzw. jednym okienku.

Minął tydzień od złożenia wniosku o wpis do rejestru i rozpoczęcia działalności. Dziś miałem zgłosić siebie w ZUS do ubezpieczenia (nie wspomnę o tych wszystkich rzeczach, które jedno okienko pomija, a trzeba dodatkowo załatwić, mając już wpis do ewidencji i REGON), tymczasem pani w magistracie rozłożyła ręce: nie mamy pańskiego wpisu i co nam pan zrobi?. To tak, jakby asynchronicznie napisany program po wysłaniu danych czekał na kanale IO na informacje zwrotne — ja takiemu programiście porachowałbym wszystkie kości (ej, kto jest odpowiedzialny za TEN sralnik?).

Jutro kolejna wyprawa do Urzędu Miasta, a po niej trening biegów miejskich na trasie magistrat - ZUS - bank - magistrat - US. No, chyba, że wezmę rower...


Wyświetl większą mapę

"Jedno okienko"? Oczywiście, że jedno!

Od wczoraj obowiązuje ustawa, która miała przedsiębiorcom rozpoczynającym działalność ułatwić życie — wszystkie sprawy związane z rozpoczęciem działalności gospodarczej miały być załatwione podczas jednej wizyty w magistracie, przy jednym okienku właśnie. Wczoraj odwiedziłem mój Urząd Miasta, ale pani w tym jednym okienku poprosiła, żebym przyszedł następnego dnia, jeżeli mi się nie spieszy z rozpoczynaniem działalności (albo spieszy mi się dokądś), bo ona nie do końca wie, jak to wszystko pozałatwiać, pomimo tego, że była na jakimś szkoleniu i nawet jej instrukcję dali. Pobiedziłem się wczoraj wieczorem nad formularzem EDG-1 i przyszedłem dzisiaj rano...

Okienko faktycznie jest jedno. To znaczy — są dwa, ale tylko jedno czynne. Kolejka może nie była szczególnie długa, ale posuwała się potwornie wolno, bo pani przyjmująca druki przy każdej sprawie musiała dzwonić w przynajmniej jedno miejsce, żeby zasięgnąć dodatkowych informacji (do Urzędu Skarbowego albo do ZUS). A czasem musiała dzwonić w oba... Średni czas załatwienia jednego interesanta: około 60 minut. Po około 2 godzinach przyszedł czas na mnie. Na szczęście dobrze odrobiłem pracę domową wczoraj i mój wniosek nie wymagał żadnych korekt, więc załatwiłem sprawę w pół godziny i z jednym telefonem do przyjaciela (w Urzędzie Skarbowym).

A teraz zauważone idiotyzmy:

  • wraz z wnioskiem można podać numer konta bankowego dla firmy, ale żeby założyć konto na firmę, to trzeba mieć wpis do ewidencji i REGON: +1 okienko;
  • we wniosku można podać dane firmy rozliczającej księgowość, ale umowę podpisuje się dopiero po uzyskaniu wpisu do ewidencji i REGON: +1 okienko;
  • we wniosku nie można podać sposobu rozliczania VAT: +1 okienko;
  • wraz ze składaniem wniosku nie można zgłosić płatnika składek i ubezpieczonego do ZUS: +1 okienko.

I jeden, jedyny plus, jaki w tym wszystkim jest: działalność można rozpocząć w dniu składania wniosku o wpis do ewidencji. Dobre i tyle, chociaż wciąż nie można podpisać żadnej umowy (bo przecież nie ma się wpisu do ewidencji ani REGON).

Wszystko to wygląda na krok w dobrą stronę, ale raczej głupio zrobiony.

Zmień wóz na bus? Nie ma mowy!

Z wielką determinacją staram się o to, by wreszcie nie musieć poruszać się po Warszawie i okolicach używając komunikacji publicznej. Nigdy nie przeżywałem orgazmu z powodu tego, że jestem nowoczesny, względnie eko, a zawsze przeszkadzało mi to, że komunikacja publiczna po prostu jest taka, jak cała nasza rzeczywistość — czyli z przymrużeniem oka. Bo komunikacja publiczna obsysa na maksa (i proszę mi nie opowiadać, że gdzieś w Polsce jest jeszcze gorzej, bo prawdę mówiąc inne miejsca w Polsce guzik mnie obchodzą). Jeżeli miałbym ją określić jednym słowem, to byłoby to "czekanie" — poruszanie się po Warszawie używając miejskiej komunikacji naziemnej polega głownie na czekaniu (wyjątkiem jest metro, ale od jakiegoś czasu nie zaliczam się do szczęściarzy, co dojeżdżają do pracy metrem). Bardzo proszę przykład:

  • wychodzę z domu o 07:20, żeby jechać pociągiem 07:31 do Warszawy Wileńskiej, zakładany realistycznie czas dotarcia do pracy to 08:30;
  • na dworcu około 07:30 słyszę skrzeczenie megafonu, a to oznacza, że pociąg będzie dopiero za 15 minut (nie mam co liczyć na to, że ten, który miał przyjechać o 07:41 będzie o czasie...);
  • pociąg przyjeżdża około 07:45, na szczęście luźny;
  • 08:10 na dworcu Wileńskim, niecałe 15 minut opóźnienia, więc plany wcześniejszego przyjechania do pracy biorą w łeb, ale przynajmniej się nie spóźnię;
  • 08:15 jestem na przystanku autobusowym i zaczyna się czekanie na autobus 135 lub 509 (dobrze, że są 2...);
  • około 08:30 przyjeżdża 135, szanse na to, że się nie spóźnię topnieją w oczach;
  • o 08:50 wysiadam ze 135 na przystanku przy CNPEP Radwar, od pracy dzieli mnie 2 przystanki ale długie, więc nie będę próbował zasuwać piechotą;
  • 08:57 - przyjeżdża jakiś autobus, który zawiezie mnie do Promenady;
  • o 09:10 wysiadam z windy na moim piętrze, spóźniłem się 10 minut, ale jak się okazuje, wszyscy inni spóźnią się jeszcze więcej.

Z prawie dwóch godzin drogi do pracy, 40 minut spędziłem na czekaniu. Doliczając łażenie między dworcami i przystankami zrobi się z tego godzina. Biorąc pod uwagę, że na Pragę w okolicę ulicy Ząbkowskiej samochodem dojadę w 35-40 minut, to mam szansę zaoszczędzić co najmniej 45 minut, które do tej pory spędzam na czekaniu — zimą na mrozie, latem w upale, a o każdej porze roku ewentualnie w deszczu.

Niech wóz na bus zmieniają młodsi i ci, którym się nie spieszy.

Kwaśniewski powiedział w telewizji

...ale to jest zapobieganie post-factum...

Nie wyglądał na trzeźwego.

South Park

Donald Tusk mówi poruszając jedynie dolną szczęką, jak postacie z kreskówki South Park. To oczywiście nic złego i absolutnie nie jest prawdą, jakobym traktował takie osoby jak podludzi. Ale kozy zawsze pozostaną kozami. :)

Rzeczpospolita

Wszyscy w TVN się cieszą, że oto skończyła się czwarta, ale nikt jakoś nie rzucił pomysłu, żeby teraz była piąta. Znaczy co, znowu jest trzecia?

Wybory jak software release

Albo nagle wszyscy testerzy ruszyli do testowania aplikacji, albo rzeczywiście z tym wydaniem jest naprawdę coś nie w porządku. Ale frekwencja nieco ponad 50% przecież nie jest niczym niezwykłym, skąd więc aż takie problemy?

W każdym razie, ja zamierzam spać spokojnie tej nocy, tak samo, jak i do tej pory. Czego i wszystkim innym życzę.

Prąd kopie, znaczy idzie zima

W naszym mieszkaniu tak dość dziwnie się dzieje, że kiedy zaczynają grzać kaloryfery, wtedy też pojawiają się przebicia na różnych metalowych przedmiotach — najczęściej na klamkach do łazienki i ubikacji, ale też na aluminiowych narożnikach ścian a nawet na śrubach, którymi skręcone są meble. Nie mam wytłumaczenia tego faktu, szczególnie w przypadku śrub w meblach, które przecież nie stykają się z żadnymi przewodnikami elektrycznymi.

Ot i kolejne dziwactwo naszego mieszkania. Krzywe ściany są wytłumaczalne, ale to można potraktować chyba tylko jako zemstę zza grobu socjalizmu z jego "jakością".