Mamy wózek

Kupiliśmy dziś nasz pierwszy samochód. Dobiegając 40-tki, po ponad 10 latach życia po ślubie staliśmy się wreszcie właścicielami własnego pojazdu. W wielkim stresie (pomimo dokładnego sprawdzenia przez osoby postronne) kupiliśmy dzisiaj przyzwoicie wyposażonego Forda Escorta 1.6 16v kombi z 2000 roku, ze 166 000 kilometrów. Do domu dojechał i nawet wszystko, co miało działać (klimatyzacja, yay!) działało. Teraz co paręnaście minut latamy do okna w kuchni, żeby sobie na niego popatrzeć. I w sumie pomimo tego, że nie jest mały, to na naszym parkingu przed blokiem wśród Fordów Mondeo, Opli Omega i Toyot Avensis wygląda bardzo pchełkowato. Ale zmieścimy się w nim, i jeszcze przez parę lat będzie nam w nim wygodnie.

Jutro mam sprawdzić w serwisie, kiedy było wymieniane coś, co się nazywa pasek rozrządu (brzmi poważnie, ale mam pewne wątpliwości) i jaki lano do niego do tej pory olej. A w sobotę wybywamy na wioskę.

Done

Złożyłem szafę. Cały weekend szarpaniny ale półtorametrowa szafa wreszcie stoi. Bolą mnie ręce i nogi, ale cieszę się, że nie będę musiał tego już robić na urlopie. Będę za to musiał robić inne rzeczy, bo wraz z szafą przyjechała prawie 50 kilogramowa komoda...

Na szczęście wpadłem wczoraj na szatański pomysł i kupiłem sobie jakąś wkrętarkę. Bez tego pewnie odpadłyby mi ręce od wkręcania śrub.

Co programista robi na urlopie

Ogórki

I właśnie to chciałem na urlopie robić! :)

Śnię, czy co?

Jest do ściągnięcia kolejny album Nine Inch Nails - The Slip. Tak jak poprzedni, na wolnej licencji Creative Commons. Aż mi trudno w to uwierzyć...

Good bye, Debrecen

Powoli żegnam się z pięknym miastem Debreczynem (pogoda piękna, miasto... no cóż, na pewno ma swoich miłośników). Spotkanie nie było tak straszne, jak się obawiałem, chociaż do przyjemnych nie należało. Zjedzony nie zostałem i to się dla mnie liczy. ;)

O 20:00 mój samolot wystartuje z Ferihegy i mam nadzieję około 23:00 znaleźć się we własnym łóżku.

W pięknym mieście Debreczynie

No, nie takim znowu pięknym, przypomina raczej Piotrków Trybunalski... Ale Piotrków też pewnie ma swoich amatorów.

Najpierw godzina samolotem z Warszawy do Budapesztu, potem 2 godziny czekania na samochód w hali przylotów lotniska Ferihegy 2A, a potem jeszcze dwie godziny samochodem z Budapesztu do Debreczyna (mają autostrady... zazdrość!). Jestem półżywy. A jutro szykuje się nieprzyjemne spotkanie z klientami. Mam nadzieję, że mnie nie zjedzą, ale może być różnie...

Dopiero wyjazdy na kilka dni uświadamiają mi, jak bardzo tęsknię za Kasią i ZIZ. Gdy jestem w domu, to z niecierpliwością czekam na każdą godzinę-półtorej, kiedy zostawią mnie samego i będę mógł sobie trochę pokodować, ale gdy wyjadę na dłużej, to mi ich brakuje. Bardzo.

Dorobiłem się

W dzikim widzie zainstalowałem sobie OpenSuSE 10.3 z KDE. Omatko. OMG. Co za dno. Po 3 godzinach walki z systemem mam wyjący komputer, którego desktop wygląda rzygowicznie, a każda rzecz, której się tknie, działa zupełnie inaczej, niż jest to napisane.

Szajs. Szajs jakich mało. SuSE to szajs.

Free Software lockdown

Pomyślałem sobie, że skoro za niecałe 2 tygodnie ma wyjść nowe Ubuntu, to dam sobie parę dni na przetestowanie jakiejś innej dystrybucji. Padło na SuSE, ale z tego padnięcia nic nie wyszło — po pół godzinie kombinowania w pierwszych krokach instalacji zrezygnowałem nie doszedłszy do menu wyboru pakietów. Ubuntu nie każe wybierać żadnych pakietów...

Poważny projekt, poważne koszta

A tak całkiem na poważnie, to nie wiem, czy te koszta są tak poważne.

Ten projekt to webshop (a jakże), z dość egzotycznym rodzajem muzyki. Nie obliczam go na jakiś ogromny ruch typu miliony wejść dziennie, ale z 10 000 przydałoby się obsłużyć. Oprogramowanie napiszę sobie sam (koszt: 0), pozostaje to, czego sam nie zrobię, czyli maszyna (najcieńszy Root Server na hetzner.de to około 2500 złotówek rocznie), storage (S3, z pewnym okładem to 250 złotówek miesięcznie) i opłaty dla firmy rozliczającej płatności. Razem daje to około 5500 złotówek samego kosztu utrzymania, kosztów administracyjnych jeszcze nie udało mi się policzyć.

Dużo? Czy nie dużo? Trudno mi powiedzieć, chociaż tak na oko nie wydaje się to jakimś ogromnym wydatkiem.

Ghosts I-IV

Jeszcze tylko 15 minut i będzie moja, całkiem legalna ($5 to naprawdę drobne pieniądze za płytę NIN).

Nie mogę się już doczekać.

Nine Inch Nails, We're In This Together

Jak dla mnie, najbardziej rozedrgany utwór na płycie The Fragile.

Dzień dobry, jestem z kobry

Nazywam się HP Compaq 6510b i jestem zajebistym przenośnym komputerem. Znaczy, laptopem.

Tak, kupiłem sobie wreszcie nowego laptoka. Jest fantastyczny. Było trochę przejść przy instalowaniu Ubuntu 7.10, ale w końcu się udało.

Oh, no, neva!

Nowy rok dobrze się zaczyna

Zaczyna się od zwolnienia. W sobotę straciłem całkowicie głos i ledwie byłem w stanie oddychać. Jakoś przecierpiałem do poniedziałku i nie omieszkałem wziąć sobie kilku dni zwolnienia. Praca nie dała od siebie odpocząć za bardzo, ale może dam radę napisać kilka linijek kodu dla siebie.

Już zapomniałem jak to jest...

Family going to bed at 10 PM is so much worse than jet lag.

Kiedyś było to dla mnie dość normalne... Czyżby dopadała mnie nostalgia za kawalerskimi czasami? ;)

Wygląd tego wpisu przekonuje mnie, że czym prędzej muszę się rozejrzeć za jeszcze szerszym szablonem, bo mi sie stripy z XKCD nie mieszczą...

Postępy postępu

Moja córka Zofia (niegdyś znana jako ZIZ, obecnie lat około 3,5) nauczyła się pisać. Umie już napisać MAMA, TATA, LATO i LALA. Przymierza się już do pisania książek.

Wypatrzyłem

Jeszcze się nie zdecydowałem, ale moim następnym nabytkiem w dziedzinie aparatów fotograficznych będzie produkt firmy Canon: albo G9, albo S5 IS. Jeszcze się tylko muszę z żoną skonsultować, czy dobry kompakt, czy może superzoom...

Niedobór

Bardzo brakuje mi w naszym pięknym kraju porządnej, stabilnej gazety codziennej o profilu konserwatywnym. Pewne nadzieje pokładałem w dzienniku Polska, podobno powstającym we współpracy z The Times (co mi właśnie tak konserwatywnie wróżyło), a wydawanym przez Polskapresse. Kupiłem dzisiaj numer i zrozumiałem, że to była daremna nadzieja. To będzie kolejny dziennik o linii umiarkowanie prorządowej, podobnie jak springerowski Dziennik. Przykre. Gazeta Polska pozostaje jedyną gazetą o akceptowalnej linii politycznej, największa szkoda w tym, że nie jest dziennikiem.

Ćwiczenia z Pratchetta

Moja córka ma 3 lata (no, prawie 3 i pół). Jak każde dziecko lubi, żeby jej opowiadać bajki. Kilka dni temu nieopatrznie zagaiłem, że mógłbym jej opowiedzieć historię o tym, jak niania Ogg i babcia Weatherwax pojechały do Ankh Morpork zwerbować trzecią czarownicę do zespołu… No i zaczęło się. Wczoraj musiałem opowiadać o upiorze w gmachu opery. Dzisiaj chciała, żebym opowiedział, jak doszło do tego, że w Ankh Morpork zjawił się Enrico Basilica. Mam tych opowieści jeszcze na dwa wieczory, a potem będę musiał kupić kolejne książki Pratchetta, żeby znowu mieć, co opowiadać.

Dla miłośników konkursów pytanie: z jakiej powieści opowiadam teraz historie? A dla miłośników głosowań kolejne: którą książkę Pratchetta mam przeczytać jako następną?

Prąd kopie, znaczy idzie zima

W naszym mieszkaniu tak dość dziwnie się dzieje, że kiedy zaczynają grzać kaloryfery, wtedy też pojawiają się przebicia na różnych metalowych przedmiotach—najczęściej na klamkach do łazienki i ubikacji, ale też na aluminiowych narożnikach ścian a nawet na śrubach, którymi skręcone są meble. Nie mam wytłumaczenia tego faktu, szczególnie w przypadku śrub w meblach, które przecież nie stykają się z żadnymi przewodnikami elektrycznymi.

Ot i kolejne dziwactwo naszego mieszkania. Krzywe ściany są wytłumaczalne, ale to można potraktować chyba tylko jako zemstę zza grobu socjalizmu z jego “jakością”.

Rozważania o emeryturze

Zamierzam (i to poważnie) przejść na zawodową emeryturę za około 20 lat, więc wypadałoby już teraz zacząć się zastanawiać, czym się wtedy zajmę. Mam kilka wizji, głównie opartych na przeświadczeniu, może błędnym, a może jednak nie, że inni ludzie mogą lubić to, co i ja. Więcej nawet, że są skłonni zapłacić za te przyjemności, które ja im z przyjemnością będę dostarczał. Pisania programów w to nie wliczam, pozbyłem się już złudzeń...

Może jedzenie? Weekendowe biesiady na Podlasiu, pełne naturalnej żywności. Świeże warzywa, świeże mięso, świeży nabiał. I atrakcje (nie tylko kulinarne), jakich nie zazna się w normalnej restauracji na mieście—jak pieczenie chleba czy kolacja przy lampach naftowych. W ciągu najbliższych 20 lat najprawdopodobniej zmieni się zarówno stan polskiej gospodarki, jak i okolice, w których chciałbym otworzyć to przedsięwzięcie, jednak pomyśleć nie zaszkodzi. W każdym razie, mając dziś perspektywę nieodległej emerytury (moja jeszcze jest odległa), wziąłbym to rozwiązanie pod uwagę, jestem w stanie wyobrazić siebie w takiej roli.

Na pewno będę miał jeszcze wiele wizji i pomysłów, a ten jest raptem drugi czy trzeci…

Programista kupuje nieruchomości

Trochę nakręcony przez żonę, a trochę z powodu wściekłości na ciasnotę naszego obecnego lokum, zacząłem kilka miesięcy temu rozglądać się za jakąś ładną, dużą i tanią działką budowlaną w okolicach naszego Wołomina. Początkowo liczyłem się z wydatkiem rzędu 130.000 złotych, ale doznałem bardzo bolesnego zderzenia z rzeczywistością i musiałem podnieść tę kwotę do 200.000, żeby spełnić przynajmniej dwa z trzech wspomnianych wcześniej warunków. To, co prawda, nie stawia pod znakiem zapytania całej inwestycji, a jedynie przesuwa ją w czasie o kilka lat—spłacenie takiego kredytu zajmie trochę więcej czasu, ot, ze trzy, cztery lata… Biorąc pod uwagę, że i tak nie zacznę budować domu przed 40-tką, to niewielkie opóźnienie. I tak skończę będąc już zbyt starym, by organizować tam dzikie melanże, prawdopodobnie poprzestaniemy na garden parties w gronie podobnych nam tetryków.

Problem zaczął się, kiedy pojawiły się pierwsze działki do obejrzenia—trzeba rzucić wszystko, żeby obejrzeć, co pani agenta znajdzie, a tu jeszcze koleżanka małżonka mówi, że jej nie pasuje. Gdybyśmy jeszcze mieli samochód, to moglibyśmy się umawiać na oglądanie wtedy, kiedy nam wygodnie, a nie wtedy, kiedy możemy zostać zawiezieni przez panią agentę. Sam nie pojadę, razem nie pojedziemy, ktoś jednak musi, a w końcu i tak muszą wszyscy. Ale to był mały pikuś.

Duży pikuś pojawił się wtedy, gdy koleżanka małżonka zobaczyła koszty kredytu. Niby wcale nie tak wiele, biorąc pod uwagę, ile zarabiamy i ile wydajemy, ale kwota sama w sobie robi wrażenie. No i zrobiła na małżonce. Zrobiła wrażenie takie, że kobieta uznała, że nas nie stać (pomimo tego, że stać nas bez specjalnych wyrzeczeń).

Uda się? Nie uda? Się zobaczy.

Przedpołudnie w lesie

Ładna pogoda wypchnęła nas na godzinkę do lasu w Klembowie, w okolice, gdzie od kilku tygodni próbujemy kupić działkę pod nasz przyszły (potencjalny też dobrze brzmi) dom. Oczywiście, komary. Oczywiście, tłum grzybiarzy, pomimo późnej już (przynajmniej jak na zbieranie grzybów) pory. Ale przede wszystkim komary, a do tego kilka grzybów, ledwo widocznych spoza chmar komarów. Nie będziemy próbować kupić działki w bezpośredniej bliskości lasu, jakkolwiek fajnie byłoby mieć drzwi do lasu—nie odpowiada mi jednak życie w chmurze komarów.

Córka była szczęśliwa, żona była zadowolona, znaczy—warto było. Pomimo tego, że po sobotnim kieracie pragnąłem tylko siedzieć z wyciągniętymi nogami.

Oglądanie kolejnych czterech działek-kandydatek zostawiliśmy sobie na popołudnie. Może uda się znaleźć z godzinkę, żeby wsiąść na rower i zbadać sytuację w okolicach Dobczyna.